Wywiad z Leniem (Youdash)

Cześć! Do czasu otrzymania promówki „Astrophobia” nie miałem pojęcia o waszym istnieniu i dopiero potem sprawdziłem wasze materiały demo. Na wstępie powiedz mi więc jak to wszystko się w waszym przypadku zaczęło?

Cześć! Korzenie Youdasha sięgają końcówki lat 90-tych. Ja i Buczek pochodzimy z Ustrzyk Dolnych, tam jeszcze w czasach licealnych założyliśmy kapelę Metalmorphosis. Zespół istniał kilka lat, mieliśmy na swoim koncie 3 demówki, graliśmy jak Metallica i byliśmy gwiazdą niejednego WOŚP hehe. Ok. 2005 roku ludzie porozjeżdżali się po świecie, my jednak nie odpuszczaliśmy i w dwójkę robiliśmy wszystko żeby razem grać. W 2007 roku centrum naszych życiowych interesów umiejscowiliśmy w Rzeszowie i zaczęliśmy na poważnie… Szkoda czasu na opowieści o personaliach, miejscach, nagranych EPkach – nikogo to nie zainteresuje. Po prostu, kolejne 8 lat życia podporządkowaliśmy robieniu kawałków.

Zastanawia mnie jak w zespole takim jak wasz powstają kawałki. Na próbę przynoszony jest jeden riff i do niego doklejacie kolejne elementy układanki czy może któryś z was jest głównym kompozytorem większości muzyki dla Youdash? Utwory na waszym debiutanckim materiale są mocno pokomplikowane stąd też moja ciekawość – jak taki techniczny „potwór” powstaje.

Doklejamy. Nie mamy z góry określonego planu, kompozycji. Robiąc numer, każdy z nas ma w głowie bank pomysłów. Na próbach z pomysłów powstają motywy, z tych motywów układamy kawałek, wspólnie, na zasadzie burzy mózgów. Cała zabawa polega na tym, żeby puzzle do siebie pasowały. Opieramy się na intuicji i co może zabrzmieć nieskromnie: inteligencji. Korzystamy z naszej narodowej cechy – w sytuacjach trudnych potrafimy sprytnie kombinować hehe. Mając przygotowane dwa fragmenty, staramy się połączyć je w sposób płynny i naturalny, do tych dwóch doklejamy trzeci, przy czym, żeby te trzy brzmiały dobrze, często konieczna jest korekta pierwszego motywu, teoretycznie dawno ukończonego. I tak w kółko. Do momentu całkowitego zakończenia pracy nad kawałkiem, jest on jak żywy organizm, cały czas ewoluuje, zawsze zostawiamy sobie furtkę na wprowadzanie korekt. To pracochłonny proces. Dochodzą jeszcze różnice w indywidualnym odbiorze. Praca nad każdym fragmentem to w pewnym sensie walka, ciągłe przeciąganie liny między nami. Szukamy złotego środka między ekspresją, a przyswajalnością. Najczęściej burzliwie, czasami agresywnie, ale właśnie emocje temu towarzyszące nadają największą wartość naszej muzyce.

Słuchając waszych demówek i później długogrającego materiału odnosi się wrażenie, że ciągle się rozwijacie. Co raz bardziej kombinujecie w swojej muzyce, aż strach pomyśleć co będzie działo się na drugiej płycie. Czy kawałki na kolejny materiał już powstają? 

Nie. „Astrophobia” była jak zimowe wejście na K2. To był główny cel, projekt, target – zrobiliśmy to. Stworzenie płyty wymagało pełnego sfokusowania się tylko na tym. Teraz jest czas lizania ran po odmrożeniach, siedząc bezpiecznie w dolinach (śmiech). Po drugie, w Youdashu moment kreacji i tworzenia kompletnie nie idzie w parze z graniem koncertów – nie potrafimy łączyć tych dwóch sfer działania kapeli. Dlatego teraz przygotowujemy set koncertowy i proszę mi wierzyć, materiał, który mamy do przerobienia nie pozwala się nudzić, na razie nie mamy czasu na myślenie o nowych rzeczach. Ale… Oczywiście ten stan nie będzie trwał wiecznie. Tworzenie „piosenek” jest sensem istnienia naszego składu. Nie podejmę nawet próby przewidywania, w którą stronę popłyniemy. Mi osobiście spod paluchów wyskakują ostatnio same ciężary, ale co z tym zrobią szanowni koledzy z zespołu? Nie mam pojęcia, hehe.

Wasza promówka powędrowała pewnie do wielu wytwórni. Kiedy odezwał się Wojtek z Deformeathing Productions wiedzieliście, że właśnie u niego wydacie swój debiut? Jesteście póki co zadowoleni z tej współpracy?

Wiesz co się teraz sprzedaje… My też wiemy. Dlatego brak odzewu, lub negatywny feedback od większości wydawców nie był dla nas zaskakujący. Fakt, że z Wojtkiem złapaliśmy wspólny flow też nie było dla nas niespodzianką. Wiedzieliśmy jakie kapele ma u siebie w stajni i jasne było, że idealnie pasujemy do jego portfolio. Obie strony jasno określiły swoje priorytety, dogadaliśmy się w dwóch mailach. Działamy w niszy, trafiamy do jednostek, dzięki Deformeathing selekcja owych, pożądanych jednostek jest skuteczniejsza. Współpracujemy harmonijnie :).

Płytę wieńczy cover Acid Drinkers. „Strip Tease” to Wasz ulubiony album kwasożłopów? Jak dla mnie ostatni słuchalny album tej kapeli to „Verses of Steel”, a za najlepsze i najoryginalniejsze uważam pierwsze krążki. Jak podoba Ci się to co teraz dzieje się z tym zespołem? Sprawdzasz w ogóle ich nowe wydawnictwa?

Cover Acid Drinkers to moja sprawka. Od kiedy zobaczyłem w Lalamido w 1994r. teledysk do „Pizza Driver” mój młodzieńczy umysł został opętany Acidami. Oczywiście teraz patrzę na to z przymrużeniem oka, ale jak ktoś mnie zapyta o favourite band – bez wahania odpowiem Acid Drinkers! Założeniem było przerobić kawałek z pierwszych, klasycznych płyt, taki którego Acids nie grają live. Zawsze chciałem zagrać „L.O.V.E. Machine” z „Are You a Rebel?”, ale numer jest tak pokręcony, że nie mieliśmy z nim szans. Padło na „Strip Tease” bo ten kawałek jest kwintesencją starych Acids, „tego czegoś”, czego nie miała żadna inna kapela na świecie. Ostatnia płyta Acid Drinkers, przed którą klękam to „High proof cosmic milk”, czyli ostatnia w oryginalnym składzie – stawiam ją na równi z „jedynką”. Każda ich płyta była inna, ale na każdej, od pierwszych dźwięków słychać, że gra Acid. Tylko wielkie osobowości mogły osiągnąć taki efekt. Po odejściu Litzy dalej byłem z Acidami, ale nabrałem więcej dystansu. Zmieniła się koncepcja tej kapeli, Titus został polskim Lemmym, nagrali jeszcze parę dobrych płyt choć już bez ocierania się o geniusz. Spójnie stylistycznie, równo, na poziomie. Tyle. Odrębną sprawą są koncerty. Mam ich zaliczonych ok 40 szt i uważam, że skład z Yankielem, koncertowo był najlepszy w całej historii Acids. Mam taki ulubiony, mały klub w Mielcu, gdzie na Acid przychodzi ok. 100 osób, nagłośnienie w 75% idzie z backline’u – czuję jakby grali u mnie w pokoju. Tam słychać jak to żarło: równiutko, z feelingiem… Miazga! Wiadomo, że grają dla kasy, że Acid to firma, ale robią to z klasą i niech robią jak najdłużej!

Zgaduję, że właśnie Acids byli jedną z inspiracji do założenia Youdasha. Według mnie to co łączy waszą muzykę z weteranami z Poznania to duża spontaniczność (mówię tu głównie o pierwszych płytach Acid Drinkers) – ciężko przewidzieć co za chwilę usłyszymy. Gdybyś miał wskazać inne inspiracje to co w pierwszej kolejności byś wymienił? 

Robienie muzyki to zżynanie z innych. To co grasz jest wypadkową wszystkiego czego w życiu słuchałeś i tego co masz „pod paluchami”. Staramy się zżynać z wszystkich kapel świata. Jeżeli w 90% siedzimy w szeroko pojętym metalu i metal jest naszą naturalną inspiracja, celowo szukamy innych brzmień – pragamatycznie, na potrzeby Youdasha. Nawet w melodyjce z reklamy można znaleźć element, do późniejszego wykorzystania w kawałku. Rzucę jednak dwoma konkretami… Po pierwsze Frank Zappa. Wyznawał zasadę: „wszystko można” i miał takich zajebistych bębniarzy jak Terry Bozzio czy Vinnie Colaiuta. To wystarczy :). Pod drugie DEATH. Kwintesencja tego co wartościowe: talent, wrażliwość i szacunek do materii dźwiękowej.

Słuchając muzyki Youdash jasne jest, że zwracacie ogromną uwagę na technikę. Gdybyś miał wskazać najważniejszy element w waszych kawałkach, bez którego Twoim zdaniem Youdash by nie istniał – co by to było?

Rytm. Nasza muza to struktura rytmów, elementy melodyczno-harmoniczne mają drugoplanowe znaczenie lub nie ma ich wcale (śmiech). Wspomniany wcześniej Frank Zappa twierdził, że cały świat to jedna wielka polirytmia: pory roku, fazy księżyca, stukot maszyn, bicie serca – wszystko może być muzyką. Rytmy kręcą się niczym koła zębate i to kręci nas najbardziej.

Za okładkę waszego debiutu odpowiada Rafał Wechterowicz. Dlaczego akurat ten człowiek? Obrazek zdobiący „Astrophobia” to jego interpretacja tytułu i muzyki zawartej na albumie czy dostał od was jasno określone wytyczne?

O istnieniu Rafała dowiedziałem się kilka lat temu przy okazji płyty Havok „Unnatural Selection”. Zajebista okładka, zaprojektowana przez człowieka od nas? Napisałem do niego, że szacun itd, podesłałem link do naszych poprzednich EPek, on odpisał, że podoba mu się nasza muza itd. – tak zrobiliśmy podkład pod dalszą współpracę. Rafał wywodzi się z klimatów HC/punk więc undergroundowy sposób myślenia jest dla niego czymś naturalnym. Dlatego obok Lady Gagi, Michaela Jacksona czy Machine Head ma w swoim portfolio Youdasha. Przekazaliśmy mu ogólnie o czym będą teksty, tytuły kawałków i oczywiście zostawiliśmy wolną rękę. Od samego autora wiem, że po ponad roku wciąż jest bardzo zadowolony z efektu końcowego. Projekt był gotowy jeszcze przed naszym wejściem do studia – co miało kolosalny wpływ na powstawanie „Astrophobii”. Działaliśmy w przekonaniu, że samą okładką powiesiliśmy poprzeczkę bardzo wysoko. Dlatego grafika z okładki jest integralnym elementem zawartości płyty. Nie jeden raz świadomość tego co już mamy dawała nam kopa, żeby iść do przodu z tym czego jeszcze nie ma. Nie ukrywam też, że za każdym razem kiedy widzę na profilu TOO MANY SKULLS prace Rafała z nagłówkiem: for Slayer, for Lamb Of God, for Mastodon itd. pojawia się u mnie uśmieszek satysfakcji i uczucie, że gdzieś tam omsknęliśmy się o „wielki świat”…

Gdybyś miał wskazać najsłabszy element „Astrophobia” co by to było?

Nie potrafię myśleć w tych kategoriach. Równie dobrze mógłbyś prosić mnie o wskazanie najsłabszego elementu mojej Babci… Nawet jeżeli, na siłę bym coś znalazł uważam, że nie powinienem o tym mówić (śmiech).

Mamy początek 2017 roku więc zewsząd spływają podsumowania roku ubiegłego. Gdybyś miał wskazać po trzy albumy z naszego kraju i zza granicy, które wywarły na Tobie największe wrażenie? Nie musisz ograniczać się tylko do metalu rzecz jasna…

Muszę trochę zmodyfikować koncepcję pytania bo jedyną polską płytą jaką słuchałem w 2016 roku była „Astrophobia” (śmiech). Raczej nie wracam do rzeczy, które nagrałem, ale ta płyta daje mi nieustanny fun i nie znudziła mi się do dziś. Zza granicy mam 4 tytuły, które katowałem w 2016:

4. Vektor „Terminal Redux” – na tej płycie słychać cholerną pracę jaką goście wykonali komponując kawałki. Taki trochę „voivodocoroner” – mogę słuchać w nieskończoność.

3. Meshuggah „The Violent Sleep of Reason” – na Meshuggah miałem fazę ok. 2001 roku kiedy trafiłem na „Destroy Erase Emprove” – uwielbiam tę płytę, i może jeszcze „Chaosphere” i „Nothing”, ale wszystko co nagrali później było dla mnie niesłuchalne. Ale ostatnia płyta jest mega! Pięknie się wkręca, nie męczy, nie nudzi. Słychać, że goście bawią się grając. „MonstroCity” – genialny kawałek…

2. Revocation „Great Is Our Sin” – tym bandem jaram się od czasów „Existence Is Futile”, jestem na bieżąco ze wszystkim co wypuszczają. Czuję u nich podobną filozofię do naszej „youdashowej”, czyli „Tribute Metal” – jadą motywem a’la Nile, za chwilę jakiś blackowy, norweski jazgot, po czym wchodzi jazzujące solo itd. Wszystko jest jednak spójne, świadome i świetnie się tego słucha. Ostatnią płytą David i spółka zrobili duży krok do przodu, a taki numer jak „Theatre Of Horror” powinien być w Sevres pod Paryżem jako wzorzec idealnego, śmierć metalowego kawałka!

1. Testament „Brotherhood Of The Snake” – bezsprzecznie płyta roku. Świeżość – to słowo najlepiej opisuje zawartość krążka… Chłopy grubo po pięćdziesiątce nagrywają najlepszą rzecz w karierze. Czekałem na tę płytę głównie ze względu na sekcję z „Individual…”, a wysmażyli takiego szotsa, którego się nie spodziewałem. Bez spiny, bez wirtuozerii, na totalnym luzie – w tej muzie słychać radość z tworzenia… Solówki są cudowne… Każdy kawałek miażdży. Jak będziemy ponownie wysyłać w kosmos satelitę z pakietem kontaktowym dla inteligentnych cywilizacji, to „Seven Seals” powinien znaleźć się tam jako przykład wybitnego dzieło rąk ludzkich (śmiech).

W 2017 też czekam na strzały w mordę bo kilka moich ulubionych kapel coś wydaje: Suffocation, Havok, mój ukochany Coroner (mam nadzieję), z polskich składów czekam na nowy Decap i na płytę naszych ziomków z Rotengeist… Trzymam kciuki :).

Tradycyjnie na koniec zapytam jakie macie plany na najbliższe miesiące?

Plan jest prosty. Grać dużo prób i dużo koncertów.

Dzięki serdeczne za poświęcony czas!

Dziękujemy i pozdrawiamy!