Wywiad z Cyprianem Łakomym (In Twilight’s Embrace)

Przed wami rozmowa z Cyprianem Łakomym. Wokalista, o którym nie boję się powiedzieć, że jest wzorem metalowego frontmana, opowiada o historii In Twilight’s Embrace, ostatnich wydawnictwach zespołu i kilku innych kwestiach, które dotyczą naszego ulubionego tematu. Po prostu – rozmawiamy o MUZYCE.

Na dobry początek powiedz mi „czy ryby jeszcze drżą w oceanie”?
Nie wiem, ale ja na ich miejscu bym drżał, wiedząc dokąd wszystko zmierza. Ten kierunek, w którym płyną oceany – delikatnie rzecz biorąc – nie napawa optymizmem.

Jak wspominasz trasę u boku The Dead Goats i Coffinfish? Jakieś straty, zniszczenia, demolki, niechciane ciąże?
Errata: w całej trasie towarzyszyli nam tylko The Dead Goats. Coffinfish zagrali na jednym z koncertów. Blitzkrieg Witchcraft jako przedsięwzięcie zorganizowane i wypromowane w całości przez oba zespoły i kilka życzliwych im osób zapamiętam jako bardzo udany wyjazd. Pod względem zarówno towarzyskim i koncertowym. Zniszczenia? Niszczyliśmy co najwyżej sami siebie przez te kilka dni.

To ustawianie zapalonych świec na wzmacniaczach robi niezły klimat. W zasadzie to chyba jedyny dodatkowy element waszego show… Muzyka jest na pierwszym miejscu. Czy może jednak są w planach dodatkowe sceniczne atrakcje? Ponoć bez tego się nie da zagrać koncertu, który przyciągnąłby uwagę współczesnego widza…
Sam temu przed chwilą zaprzeczyłeś. A skoro ogień ze świec nie przesłonił ci odbioru muzyki podczas koncertu, to chyba jednak udaje się nam choć na chwilę zawładnąć uwagą widza. To dziś generalnie i tak bardzo wiele, bo żyjemy w czasach permanentnego przebodźcowania. Oczekujemy zewsząd atrakcji, nowych rzeczy, które będą przyciągać naszą uwagę i bawić. Efekt jest taki, że ledwie umiemy albo nie umiemy wcale skoncentrować się na tu i teraz. Po tym poznaję dobry koncert, dobry film, dobrą książkę, czy po prostu wartościowe wydarzenie – że wszystko naokoło przestaje się liczyć. Na ten kryzys koncentracji stara się po trosze odpowiedzieć świat muzyki. Tej ekstremalnej również. Zobacz ile w tym jakiegoś para-teatru, choć znacznie częściej przypomina to tanie jasełka. Nie planujemy uciekać się do czegoś takiego. Nie świeca, ani hektolitry wylanej na siebie krwi robią rytuał. Muzyka ma tu zawsze kluczowe znaczenie. Albo ma to coś, albo nie ma.

Jak często słyszysz, że In Twilight’s Embrace jest kiepskim zespołem? Ja tylko raz spotkałem się z opinią, że jesteście przereklamowani, za to zewsząd słyszę achy i ochy na wasz temat, do których zresztą się dołączam. To uwielbienie dla zespołu jakoś się przekłada na sprzedaż płyt, frekwencję na koncertach? Bo mówienie i lajkowanie na Facebooku to jedno, czymś zupełnie innym jednak jest sytuacja, gdy trzeba wydać kilka dyszek na CD, koszulkę, bilet…
Kliknięcie i skreślenie paru zdań w sieci faktycznie z reguły kosztuje niewiele albo wcale, ale byłbym też ostrożny z monetyzowaniem każdego przejawu sympatii czy wsparcia. Bo zarabianie pieniędzy na sprzedaży płyt czy t-shirtów jest oczywiście miłe, ale nie przesadzajmy – to w końcu nie jedyny sposób na kibicowanie zespołowi. Równie ważna jest sama postawa publiki pod sceną, bo nie ma nic lepszego dla zespołu niż ludzie, którzy „współpracują”. Tak samo jak propozycje wywiadów, recenzje czy opinie, bo przecież nawet kilka zdań wrzuconych w Internecie jest w stanie skłonić kogoś innego do sięgnięcia po płytę czy pójście na koncert. Może też skutecznie do tego zniechęcić, choć nie sądzę, by coś takiego kiedykolwiek przytrafiło się nam. Ale to, że jesteśmy zespołem słabym, złym, chujowym słyszałem nie raz. I wciąż żyję.

intwilights2
Zdjęcie: Erik Witsoe

Ale znaleźliście się w dość … zabawnej / dziwnej sytuacji. Mam na myśli to, że dla części słuchaczy jesteście zupełnie nowym zespołem. Gdy wróciłem z Rzeszowa, z waszego świetnego koncertu, gdy kilku znajomym oznajmiłem, że In Twilight’s Embrace na żywo rozpierdalają i jeńców nie biorą, usłyszałem: aaaaa, to ci, którzy debiutowali w ubiegłym roku… Odczuwacie coś takiego, że „The Grim Muse” jest w pewnym sensie dla was nowym początkiem?
Oczywiście. Dziś, te kilkanaście miesięcy po wydaniu „The Grim Muse” mam po prostu poczucie, że po raz pierwszy w naszej działalności – a przypomnę niektórym, że zespół istnieje od 2005 r. – znaleźliśmy się w pewnej idealnej konstelacji. Nagraliśmy najlepsze piosenki, jakie w tamtym momencie mogliśmy nagrać, trafiliśmy na lojalnego i pracowitego wydawcę, przyłożyliśmy się do tej premiery w każdym najdrobniejszym szczególe. Teraz, po upływie tego czasu, dopisujemy jeszcze delikatne post-scriptum, wydając „The Grim Muse” na winylu… Od drugiej strony wygląda to też bardzo dobrze. Nigdy nie mieliśmy tylu recenzji. To, że przytłaczająca większość z nich jest nam przychylna, to już w ogóle jakiś totalny ogień, zajebiście mobilizująca rzecz. Ludzie ciągle pytają o kolejne koncerty. Wiem, że wciąż jest ich zbyt mało, ale robimy wszystko, by było ich więcej. Nie mieliśmy tak nigdy wcześniej. Jest więc euforia, ale przy ciągłym niedosycie. I dobrze.

Uświadom tych, którzy myślą o In Twilight’s Embrace, jak o debiutantach, że jednak się mylą, i że historia grupy jest dłuższa i pozycji w dziale dyskografia posiadacie więcej…
Z Lechem, gitarzystą, znamy się od 2003 r., kiedy obaj trafiliśmy do założonego przez wspólnych kolegów zespołu Over The Edge. Sytuacja była dość kuriozalna: OTE było zespołem jednoznacznie hardcore’owym, a my – mimo jako takiej znajomości i sympatii do hc/punka – chcieliśmy grać zdecydowanie metalowo. Niejako wypadkową tego rozkroku jest pierwsza płyta wydana już pod nazwą In Twilight’s Embrace, czyli „Buried in Between” z 2006 r. Brzmi jak klasyczny, zakurzony eksponat z muzeum metalcore. (śmiech) Po jej wydaniu, mając już bardziej konkretną wizję tego, jak ITE ma brzmieć, zafundowaliśmy sobie chyba z cztery zmiany na stanowisku wokalisty, w rezultacie czego na kolejnej „Slaves to Martyrdom” (2011) zadebiutowałem w tej roli ja. Od początku pisałem w zespole teksty i miałem poczucie, że jako jedyny wiem, w którą stronę mamy iść. Później z zespołu odszedł dotychczasowy perkusista i już z Dawidem na pokładzie zajęliśmy się graniem koncertów (rzadziej) i robieniem materiału na trzecią płytę (zdecydowanie częściej).

Zmieniając temat… Jak myślisz, „skąd w białej mgle zniszczony płaszcz”?
Ktoś go zgubił.

Sporo mówi się na temat Arachnophobia Records, że dużo zrobiła dla zespołu, że współpraca doskonale się układa, ale powiedzmy sobie szczerze: bez świetnego materiału nie zajechalibyście daleko, a Krzysztof nie zainteresowałby się zespołem. „The Grim Muse” jest sporym skokiem w porównaniu z poprzednimi materiałami. Co wpłynęło na grupę, że tym razem uderzyliście z tak jakościowym albumem? Doświadczenie, dojrzałość, inny skład, syndrom trzeciej płyty? Tylko mi nie mów, że „tak wyszło”…
W zasadzie wymieniłeś pokrótce wszystkie czynniki, które ja ujmowałbym w jakieś niestworzone metafory, więc nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć: tak wyszło. Wydaje mi się, że w odróżnieniu od wielu zespołów, które po iluś tam niepowodzeniach dają sobie siana ze wspólnym muzykowaniem, my zawsze staraliśmy się przekuć je na naszą korzyść. I raczej nie padały podczas próby słowa: „panowie, kończymy”, a nawet jeśli ktoś próbował robić podobne podchody, to po prostu sam wypadał z gry. Po takich dość granicznych doświadczeniach właściwie pisaliśmy piosenki na „The Grim Muse”. Byli w tym składzie tacy, którzy w dniu ważnych koncertów potrafili obwieszczać, że już im się nie chce, albo od dłuższego czasu nie obchodzi ich w ogóle muzyka. Prócz sytuacji kadrowej i dość dużej motywacji wszystkich zaangażowanych ważną rolę odegrały na pewno moje własne doświadczenia. Być może brzmi to mało metalowo, ale „The Grim Muse” jest w dużej mierze płytą o wchodzeniu w dorosłość i konieczności zrozumienia, że nie zawsze pijemy beztrosko piwko, ale czasem też budzimy się na gigantycznym kacu, z mordą w asfalcie, a rynsztokiem obok spływa wszystko, na czym nam zależało.

Temat Tomasa Lindberga, który gościnnie pojawił się na płycie, był już wałkowany na każdy możliwy sposób. Odpuszczę pytanie: jak to się stało? i zapytam o to, czy w przyszłości planujecie podobne kooperacje? Kogo chciałbyś usłyszeć na kolejnych płytach In Twilight’s Embrace w charakterze gościa? Z kim jeszcze czujesz podobną nić porozumienia, kogo podziwiasz i szanujesz do tego stopnia, by oddać mu część swojego pola?
Oczywiście planuję ko-operacje, jednak też nie chcę, żeby w jakikolwiek sposób stanowiły one o istocie tego, co robi In Twilight’s Embrace. Mam kilka nazwisk na liście, ale znowu: nie będę wymieniał nikogo konkretnego. Powiem najwyżej, że lista obejmuje postaci niekoniecznie bardzo znane, za to pod różnymi względami imponujące. Chodzi o konkretną wrażliwość, ekspresję, zapamiętałość i szaleństwo. To są generalnie cechy, których szukam najczęściej i najchętniej, a których mamy z niewiadomych przyczyn mocny deficyt.

Zdjęcie: Łukasz Popławski
Zdjęcie: Łukasz Popławski

To, co cholernie mnie przekonuje i przyciąga do tych dźwięków, to mieszanka brutalności i melodii, ale melodii, która nie jest banalna, która nie rozmiękcza materiału, która czerpie z… ducha black metalowej estetyki. Opowiadam bzdury, czy jednak jest coś na rzeczy? Wiesz, mam na myśli te wspaniałe zespoły Dissection, Bathory… Wpływa to jakoś na twórczość In Twilight’s Embrace?
Ustrzeliłeś w punkt to, o co nam chodzi. Fakt, że odwołałeś się do bardzo oczywistych nazw, ale podejrzewam, że gdyby nie one, to nie byłoby tej rozmowy. Ten melodyjny, „szwedzki” jak wielu lubi go nazywać pierwiastek to jest to, na czym od początku mojej obecności w zespole bardzo mi zależało. Często były o to na początku tarcia, ale Leszek, który pisze większość muzyki w ITE po jakimś czasie zrozumiał, o co mi chodzi. Że to nie ma być rozmiękczanie, słodzenie, smarowanie wszystkiego lukrem. Każdy nosi w sobie jakąś melodię. Można przecież nimi wyrazić całe mnóstwo spraw i uczuć – i to nie tylko tych nadto wesołych czy jakichś prostacko smutnych. Wydaje mi się, że scena metalowa w ogóle bardzo niesprawiedliwie podchodzi do melodii, czy w ogóle wszystkich tych emocjonalnych aspektów – jakiejś wrażliwości, poetyki grania. Tu zawsze bardziej liczyła się technika, takie sportowe podejście lansowane przez typów ślepo zapatrzonych w grę Docenta i Inferno. Z drugiej strony chyba nikt nie zastanawia się, skąd w grze obu tych gości tyle charyzmy, polotu i autentycznej, naturalnej agresji. A na pewno mało kto te walory docenia. Metal to nie są, kurwa, żadne wyścigi dla dzieci!

Powiedz mi „i gdzie ten świat, za którym się nie goni nawet i we śnie”
Wybrałeś mój ulubiony wers z tego tekstu. Dużo ostatnio o nim myślę. Bo ten świat, za którym coraz więcej ludzi goni nie we śnie, lecz na jawie, coraz bardziej zaczyna przypominać ten ze sceny otwierającej „Misia” Barei. Domy z dykty, manekin pijący kawę. A gdyby tu było przedszkole w przyszłości?

W tym roku ukazała się EP „Trembling”. Trzy utwory, w tym zajebisty cover „Opowieści zimowej”. Wszyscy w zespole na tę Armię się zgodzili, czy były jakieś akcje w rodzaju: „chuj z Armią, ja chcę grać Slayera!!!”.
To był mój pomysł. „Opowieść zimową” zawsze chciałem zagrać z zespołem, nawet wtedy kiedy jeszcze w żadnym nie grałem. Za dużo właśnie naokoło trzepie się coverów, które nie są żadnym wyzwaniem. Powiedz mi, jakim wyzwaniem byłoby zagranie numeru Slayera jak najwierniej w stosunku do oryginału? Słyszałem też ten cover Tori Amos. Wolę jej autorskie kawałki, takie jak „Crucify” czy „Winter”. Albo coverowanie, nie wiem, Vadera? Moglibyśmy to zrobić, podejrzewam, że z trzy piąte składu ITE byłoby za. Tylko po co? Zagralibyśmy wszystko sekunda w sekundę, poprawnie aż do bólu i spokojnie poszlibyśmy do domu. Tutaj było ryzyko, zarówno na płaszczyźnie muzycznej, jak i tekstowej. I to było najbardziej pociągające. Poza tym, czuję pewną powinność przybliżenia Armii i płyty „Legenda” ludziom, którzy mogą nie wiedzieć, jak świetne płyty ma w swojej historii polska ostra muzyka.

Te piosenki są „odrzutami” z poprzedniej sesji, nagraliście je w trakcie studyjnej pracy nad „The Grim Muse”? Jeśli tak, to czy od razu wiedzieliście, że wylądują na osobnym wydawnictwie? Swoją drogą, gratuluję pięknego wydania! Można nacieszyć uszy i oczy! To budujące, że w czasach MP3, muzyki słuchanej z serwisów internetowych, są ludzie / firmy, które dbają o aspekt wizualny swoich wydawnictw.
Wiedzieliśmy to od razu. Też nie przesadzałbym z tym określaniem tych numerów mianem odrzutów. To od razu sugeruje, że ktoś dostaje ochłapy ze stołu, jakieś utwory piosenkopodobne, a w przypadku „Trembling” absolutnie tak nie jest. Jedyny szkopuł z tymi numerami był taki, że po prostu nie do końca komponowały się z resztą materiału, który znalazł się na „The Grim Muse”. Miały nieco inny, bardziej rockowy – że tak to ujmę – feeling i formę. Aspekt wizualny zdaje się to wyłącznie potwierdzać. To nie jakieś numery wzięte z przypadku czy przysłowiowej dupy, tylko coś powstałego przy okazji dużej, całkiem udanej zresztą płyty, a zarazem na tyle dobre, by bez cienia wstydu podzielić się tym z ludźmi.

Przed chwilą poruszyliśmy temat cover songu… Ja wiem, że to jest tylko „gdybanie”, ale gdyby In Twilight’s Embrace mieli nagrać płytę tylko i wyłącznie z cudzesami, to czyje i jakie kompozycje wylądowałyby na takim albumie?
Mogę mówić wyłącznie za siebie. Są wśród nas miłośnicy zarówno ostatniego Slayera, „The X-Factor” Iron Maiden, jak i jedynej płyty Przemysława Bortela. Gdyby wszystko zależało wyłącznie ode mnie, to na takiej płycie znalazłyby się na pewno utwory Kiss, New Model Army, Motorhead, Bathory, Dezertera, The Hellacopters, Iggy’ego i the Stooges, Post Regiment, Sentenced, Kata i Mercyful Fate. Żadnych numerów Slayera ani Sepultury!

Kiedy możemy spodziewać się zupełnie nowych nagrań i kolejnego dużego albumu?
Właśnie powstają.

W ciągu ostatnich kilku miesięcy świat rocka / hard rocka / rock and rolla zelektryzowały dwie wiadomości. Powrót Guns N’ Roses w prawie klasycznym składzie i trasa koncertowa AC/DC z Axlem Rose za mikrofonem. Ruszyło Cię to w ogóle?
Zestawienie Axla z AC/DC jest tak kuriozalnie nieporadne, że nawet trudno mi w jakiś elegancki sposób ustosunkować się do Twojego pytania. Wydaje mi się w ogóle, że rock’n’roll jest dziś zupełnie gdzie indziej. Nie tylko na „Appetite for Destruction”.

Połowa roku za nami. Czyje płyty najdłużej kręciły się w Twoim odtwarzaczu i na czyje albumy jeszcze czekasz z niecierpliwością w 2016 roku? Metallica budzi jeszcze w Tobie jakieś emocje?
Metallica cały czas budzi we mnie emocje, zwłaszcza ta z „Ride the Lightning”! Chciałem wpierw powiedzieć, że ten rok nie jest tak urodzajny w cudowne płyty jak poprzedni, ale po chwili zastanowienia ugryzłem się jednak w język. Wspaniały, prostolinijny i chamski METAL na „Wildfire” Deströyer 666. To jest kwintesencja. Duże zaskoczenie sprawili mi także koledzy z The Dead Goats płytą „All of Them Witches”. Bo niby to znowu jest granie po szwedzku i tylko po szwedzku, a z drugiej strony nie ma w tym żadnej blazy, stagnacji, znudzenia; wręcz przeciwnie – rozpierdala mnie pasja, która bije z każdej sekundy tego materiału. Bardzo duży krok naprzód i totalna radość z tego, że kibicuję tym chłopakom praktycznie od początku. Ale są w tym roku też płyty, którym musiałem dać więcej czasu. Tak było ze „Slow Forever” Cobalt, którą wielu maniaków poprzedniczki skreśliło po jednym odsłuchu. Ja też byłem raczej sceptycznie nastawiony z początku, ale mimo to brnąłem dalej i kompletnie wsiąkłem w tę długą, obrzydliwie piękną płytę. Podobnie jak w „Dwaling” Holendrów z Ggu:ll. Polecił mi ich kolega. Niby jest to granie, jakiego dziś dużo – wolno, pochmurnie, szaro zewsząd – ale bardzo szybko przekonałem się, że ma ten album coś, czego brakuje wielu dzisiejszym płytom, a mianowicie pewną skromność i autentyzm. Przede mną nowe albumy Subrosa, New Model Army, Inquisition i Okkultokrati. Przebieram nogami i gryzę paznokcie.

Ostatnie pytanie i spadam. „Czy będę jeszcze Twoim przyjacielem”?
Jak znajdziesz ten zniszczony płaszcz, to wrócimy do tematu.