Wywiad: Dimmu Borgir

Niezbyt poetyckie, ale na pewno prawdziwe będzie porównanie, że z Dimmu Borgir jest jak ze szpinakiem: albo się ich lubi, albo nienawidzi. Taki obrót zdarzeń zdaje się jednak zadowalać muzyków, którzy wraz z najnowszym albumem „Eonian” po raz kolejny łamią wszystkie konwencje, grając aranżacjami symfonicznymi i bardziej black metalowymi elementami. Między innymi o tym, filozofii życiowej i symbolice czasu, a także o strojach scenicznych rozmawiałam z Shagrathem i SIlenozem.

„Eonian” wydajecie po dość długiej przerwie, której jednak nie można określić mianem wakacji (śmiech). Czy sądzicie, że w przypadku zespołu z tak długim stażem jak Dimmu Borgir wciąż można mówić o zbieraniu doświadczeń i wpływów z innych gatunków muzycznych?

Shagrath: Oczywiście, jesteśmy otwarci nie tylko jako muzycy, ale i jako ludzie, co dość rzadkie w tym gatunku. Myślę, że to przychodzi z wiekiem – im jest się starszym, tym więcej zdobywa się doświadczenia, również poza własną strefą muzycznego komfortu. Rzecz jasna, nigdy nie chcieliśmy kopiować stylu żadnego innego zespołu, choć podświadomie na pewno czerpiemy inspirację z dokonań tych muzyków, którzy wywarli na nas największy wpływ.

Silenoz: Tak jak powiedziałaś, pracowaliśmy nad nowym materiałem właściwie bez przerwy praktycznie od 2012, jednak to te ostatnie trzy czy cztery lata były najbardziej intensywne. Byliśmy zajęci tym dość długo, sporego zaangażowania z naszej strony wymagało również wydanie naszego DVD („Forces of the Northern Night” – AS)…

Shagrath:…nie ukrywam, nie było łatwo doprowadzić je do ostatecznego kształtu… Problemy sprawiały nawet kwestie czysto organizacyjne – oba występy nagrywane były w innych krajach.

Też dość ciekawe jest to, że choć przeważnie na DVD wydaje się pojedyncze koncerty, w waszym przypadku były to dwa.

Silenoz: W dodatku były to dwa największe i chyba najlepsze koncerty, jakie zagraliśmy z orkiestrą i chórem! W gruncie rzeczy całość mogła ukazać się nawet w 2012, z tego roku też pochodzi jeden z tych występów, ale okazało się, że pewne rzeczy po prostu wymagają czasu. Odpowiedni mix i obróbka poszczególnych nagrań musiała być wykonana naprawdę perfekcyjnie.

Shagrath: Do tego doszło też podpisanie umowy z nową wytwórnią, co też trochę trwało. Sporo zmian dokonało się także w samym zespole i między nami a tymi, z którymi współpracujemy, więc postanowiliśmy poniekąd zacząć od nowa. Chcieliśmy mieć też więcej kontroli nad tym, co robimy jako grupa, ponieważ ostatnio w proces twórczy zaangażowana była naprawdę masa ludzi. Kiedy robi się wszystko samemu, oczywiście zajmuje to znacznie więcej czasu (śmiech).

Silenoz: Ma to jednak znacznie więcej plusów niż minusów – jak już wspomnieliśmy, lepiej panujemy nad tym, co w danej chwili dzieje się z zespołem. To lepsze rozwiązanie niż to typowe dla biznesu muzycznego, gdzie ludzie są zainteresowani tylko swoją częścią zadania i dochodu.

Shagrath: Poza tym sama przerwa też była dla nas ważna, żeby zastanowić się nad wspomnianymi zmianami i obiektywnie przyjrzeć się całej sytuacji. Jak widać, na wszystko potrzeba czasu, zwłaszcza, że nie jesteśmy nikomu nic winni. Nagrywamy i tworzymy muzykę tylko dlatego, bo kochamy to robić – mamy nadzieję, że ludzie docenią i spojrzą na to z naszej perspektywy, kiedy usłyszą „Eonian”. To bardzo złożone nagranie, w które włożyliśmy dużo pracy, mamy więc nadzieję, że odbiorcom przypadnie to do gustu.

Mówiliście o czasie, który jest zresztą myślą przewodnią „Eonian” – dlaczego zdecydowaliście się akurat na taki kocept?

Silenoz: Czas jest czymś innym dla nas, a czymś innym dla naszych fanów (śmiech). Jak powiedziałaś, jest związany właściwie ze wszystkim, co otacza nasz nowy album: zarówno ze strony instrumentalnej, jak i tekstowej. Ponadto każdy ze słuchaczy może odebrać zawartość płyty inaczej, na własną rękę może próbować dojść do tego, czym tak naprawdę jest rzeczywistość – z jednej strony siedzimy tu teraz we trójkę, z drugiej jednak równolegle istnieć mogą dziesiątki równoległych rzeczywistości, w których dzieje się coś zupełnie innego i które wchodzą w pewne interakcje z naszą. Tego właśnie dotyczą teksty na naszym nowym albumie. Oczywiście tylko w zarysie, w końcu nie chcemy psuć niespodzianki.

Shagrath: Dokładnie. Jeżeli zaczynasz zajmować się tym konceptem, może znaczyć dla ciebie coś innego niż dla nas czy dla innych słuchaczy.

Silenoz: Ważne jest dla nas to, żeby nie narzucać niczego odbiorcom. Chcemy, żeby pozostali otwarci na nowe rozwiązania i żeby nie tracili czujności i byli zainteresowani tym, z czym obcują. Wyobraźnia słuchacza w pierwszej kolejności powinna mieć pole do popisu, to bardzo istotne w muzyce w ogóle.

Nie obawialiście się, że taki bądź co bądź skomplikowana myśl filozoficzna, może przytłoczyć słuchaczy?

Silenoz: Może i przytłoczy (śmiech). A przynajmniej niektórych, choć nie mamy na to wpływu. Robimy to, co nam wydaje się najbardziej odpowiednie – znów przewija się tu wątek czasu, chodzi o tę wieczną teraźniejszość, która wciąż trwa.

Shagrath: Podczas komponowania należy być pewnym siebie, zarówno pisząc teksty, jak i tworząc warstwę muzyczną. Częścią tego jest zdystansowanie się od opinii innych i wiara w to, co się robi.

Silenoz: Jeżeli zawsze robisz tylko to, czego wymagają od ciebie inni i wiecznie chcesz spełniać ich oczekiwania, tworzenie muzyki właściwie nie ma sensu. Zdania na każdy temat przeważnie są podzielone, nie sposób zadowolić wszystkich. Najważniejsze jest to, żebyśmy sami byli zadowoleni z efektów naszej pracy. Od początku wiemy, że album jest dobry, ponieważ się nam podoba – byliśmy pewni, że będą zarówno ci, którzy pokochają naszą muzykę, jak i ci, którzy ją znienawidzą zanim jeszcze będą mieli okazję jej posłuchać (śmiech). To zupełnie normalne i dotyczy wszystkiego, co nagrywamy. Zawsze znajda się hejterzy, przeważnie jednak słuchacze reagują entuzjastycznie, co widać chociażby po tym, że z udostępnieniem każdego utworu zyskujemy nowych fanów.

Shagrath: Tym właśnie różni się współczesna scena muzyczna od tego, co miało miejsce kiedyś. W latach 80. czy 90. ludzie bardziej doceniali muzykę jako taką, tak przynajmniej mi się wydaje. Każdy teraz musi publicznie wyrażać swoją opinię na każdy temat, zwłaszcza na temat tego, czego nie lubią i co im się nie podoba.

Silenoz: Wydaje im się, że są ekspertami od wszystkiego, a tak naprawdę niewiele są z tego w stanie zrobić sami. I rzadko widać efekty ich ewentualnych starań (śmiech)!

Shagrath: To trochę smutne, ale nie możemy tego zmienić.

Czy ze względu na to, że wasza muzyka wzbudza tyle zarówno pozytywnych, jak i negatywnych emocji, czuliście kiedyś presję czy napięcie związane z tym, że jesteście tak krytycznie i uważnie obserwowani?

Shagrath: Skądże. Jak mówiłem, podstawą jest dystans i przyjęcie do wiadomości, że nie sposób zadowolić każdego wokół. Każdy ma swoje zdanie na każdy temat. Myślę, że nie istnielibyśmy dziś jako zespół, gdybyśmy poważnie przejmowali się tym, co się o nas mówi.

Silenoz: Oczywiście zawsze jesteśmy otwarci na krytykę czy dyskusję, jeżeli tylko ich podstawą są konstruktywne i logiczne argumenty. Jeśli porównasz hejterów z tymi, którym podoba się nasza muzyka, zobaczysz, jak niewielu jest tych pierwszych. Ludzie, którzy za wszelką cenę muszą wyrażać swoje zdanie, przeważnie krzyczą najgłośniej. W każdym razie na początku, później robi się znacznie ciszej.

Shagrath: Na razie wrzuciliśmy do sieci jeden utwór, to przecież tylko część naszej większej muzycznej układanki. Dlatego ci, którzy już głośno krytykują, powinni poczekać aż usłyszą całość (śmiech). Niemniej nieco przykre jest obserwowanie tej ilości negatywnych emocji. Wydaje mi się, że one same dużo mówią o danej osobie i jej charakterze, o tym, jak zostało się wychowanym. Jeżeli z jakichś powodów ktoś musi być dupkiem w sieci…

Silenoz: …to wydaje się, że ma sporo wolnego czasu (śmiech)!

Shagrath: My patrzymy na to wszystko z nieco innej strony. Kiedyś chodziliśmy do sklepów muzycznych, kupowaliśmy jakieś nagrania, bo podobała nam się okładka. Wtedy też nie wszystko, co wydawano było świetne, ale docenialiśmy to, że zespół poświęcił swój czas i włożył dużo pracy w nagranie materiału. Głównie dlatego, że sami wiedzieliśmy, jakie to trudne i ile pieniędzy, krwi, potu i łez kryje się za jednym wypuszczonym krążkiem. Dzisiaj wygląda to inaczej, nie tylko w tym konkretnym gatunku muzycznym: ludzie przestali w jakiś sposób doceniać twórczość jako taką. A czym byłby świat bez muzyki?

Silenoz: Dzieciaki są dziś przyzwyczajone do tego, że właściwie wszystko mogą dostać za darmo. I dlatego, jeśli coś im się nie podoba, nie obcinają się i po prostu to mówią. Dlatego my też chcemy otwarcie powiedzieć, czego chcemy i czego wymagamy od naszej nowej płyty. Wiemy, że nie wszystkim przypadnie do gustu, ale to może i lepiej. Lubię widzieć u odbiorców konkretną reakcję, a nie bierne stanie pośrodku. Wolę te dwie skrajności – albo coś ci się podoba, albo tego nie znosisz. A my mamy to szczęście, że nasza muzyka wywołuje obie te ekstremalne zachowanie.

Jak wspomnieliście, niedawno ukazał się wasz pierwszy singiel zapowiadający nową płytę. Czy wybór „Interdimensional Summit” był dla was oczywisty?

Shagrath: Wręcz przeciwnie, długo nie mogliśmy się zdecydować. Słuchaliśmy w kółko wszystkich utworów i próbowaliśmy podjąć decyzję. Dodatkowo konsultowaliśmy to z wytwórnią…

Silenoz: To na pewno był trudny wybór. Dla nas każdy z utworów na „Eonian” miał potencjał, by zostać wydany jako singiel, a mimo wszystko musieliśmy zdecydować się na jeden.

Shagrath: Chcieliśmy wybrać coś łatwego w odbiorze, a przy okazji coś dobrego do headbangingu! „Interdimensional Summit” ma to wszystko – jest bardzo charakterystyczne dla naszego brzmienia, chwytliwe i melodyjne. Są na albumie inne utwory, które byłyby znacznie bardziej wymagające w odbiorze. Niemniej „Inderdimensional Summit” jest świetnym utworem i jesteśmy tego świadomi. W porządku, jeżeli komuś się nie spodoba, nie zmieni to jednak naszego zdania na ten temat.

Przeczytałam gdzieś, że jednym z waszych ulubionych utworów jest charakterystyczne „Council of Wolves and Snakes”. Co tak urzeka was w tym kawałku? Pytam, bo mnie też bardzo się podoba (śmiech)…

Shagrath: On to powiedział (pokazuje na Silenoza)! Ale tak poważnie, każdy z utworów na „Eonian” ma swoje mocne strony. „Council of Wolves and Snakes” jest po prostu tym, o którym na razie najwięcej się mówiło. To o tyle ciekawe, że ten konkretny utwór to połączenie wielu pomysłów i koncepcji, także takich, które nierzadko wykorzystywaliśmy w przeszłości.

Silenoz: Myślę, że można powiedzieć, że to jeden z bardziej eksperymentalnych utworów na płycie. Słuchacz nie do końca wie, czego może się spodziewać – byliśmy świadomi, że ten kawałek będzie wyjątkowy, kiedy mieliśmy jego zarys i główne założenia. Sporym wyzwaniem było doprowadzenie go do końca i osiągnięcie zamierzonego efektu.


Aranżacje chóralne i symfoniczne są dość istotne na nowej płycie. Myśleliście już, jak będzie wyglądało grani na żywo z nowym materiałem?

Silenoz: Zdecydowanie nie będziemy w stanie zagrać na żywo wszystkich utworów z płyty. Głównie ze względów logistycznych – choć bardzo byśmy tego chcieli, nie sposób być w trasie z pełnym chórem i orkiestrą.

Shagrath: Przyznaję, z „Eonian” nie ułatwiliśmy sobie zadania (śmiech)!

Silenoz: (śmiech) Nie możemy tworzyć muzyki z jakimś konkretnym celem dotyczącym na przykład kształtu występów na żywo. Robimy to, co wydaje się nam ciekawe i pomysłowe, a o szczegółach i o tym, jak sprostać naszym oczekiwaniom, myślimy później. Nie jesteśmy Metalliką i po prostu nie możemy pozwolić sobie na podróżowanie ze stoma osobami. Oczywiście, byłoby to świetne, zwłaszcza w kontekście nowej płyty, ponieważ sporo partii chóru poza samplami było nagrywane z ludźmi w studiu. Może uda się nam rozwiązać to później, ale na razie ograniczymy się do mniej widowiskowych rozwiązań. Dobre w Dimmu Borgir jest to, że nie brzmimy na żywo tak, jak brzmimy na albumie. W przeciwnym razie występy nie do końca miałyby sens. A tak fani mają okazję usłyszeć nas w dwóch zupełnie różnych wydaniach. A albumie jesteśmy tym „idealnym” zespołem (śmiech), podczas gdy na koncertach chodzi bardziej o surowość i dzikość.

Na tym i na innych utworach można odnieść wrażenie, że są swoistą fuzją muzyki symfonicznej z typowo black metalową…

Silenoz: Płyta ci się nie podobała?

Nie, nie, wręcz przeciwnie (śmiech)

Silenoz: (śmiech)

Shagrath: To trochę jak łączenie oliwy z wodą. Wszyscy wiedzą, że nigdy nie będą w stu procentach współpracować i mieszać się ze sobą, ale my sprawiamy, że się to udaje (śmiech)!

Silenoz: Jesteśmy na tyle uparci!

Shagrath: Stawiamy sobie wyzwania i chcemy tworzyć zaskakującą i nieoczywistą muzykę.

Silenoz: Z muzyką jest jak z podróżą – czasami obiera po prostu inny kurs, nawet na przestrzeni jednego utworu. Myślę, że to naprawdę ciekawy sposób na tworzenie muzyki. Kiedy sam słucham muzyki, chciałbym trafiać na takie fragmenty, w których pytam „co to do cholery było? Tego się nie spodziewałem!”

Miałam tak kilka razy podczas słuchania „Eonian” (śmiech)…

Silenoz: (śmiech)

Shagrath: To właśnie staramy się osiągnąć, pisząc poszczególne utwory. Ma na to wpływ również to, że każdy z nas ma inne zaplecze, lubi inną muzykę. Staramy się łączyć te wszystkie źródła inspiracji w całość i mieszać je ze sobą.

Silenoz: Nie mamy konkretnej recepty na tworzenie muzyki. Po prostu podążamy za naszymi pomysłami – jeśli ktoś z nas ma dobry pomysł, włączamy go do danej kompozycji i tak właśnie działamy. Podobnie ze spacerem w lesie lasu. Nie mam żadnego planu, po prostu chcę iść.

Shagrath: Są tymczasem zespoły, nie wymienię ich z nazwy, bo przecież nie o to chodzi, których problemem jest zła kompozycja. Wydają album za albumem, mijają lata i nic się nie zmienia. Niektórzy twórcy mają swój jeden sposób na pisanie, co po pewnym czasie może stać się nudne, jeżeli te same rozwiązania przewijają się w ich muzyce bez przerwy. Tymczasem w muzyce Dimmu Borgir chodzi o to, by coraz bardziej angażować ludzi w sam ten proces twórczy, co moim zdaniem sprawia, że staje się on ciekawszy, choć oczywiście jednocześnie bardziej wymagający. Dlatego każdy z naszych albumów różni się od poprzedniego, i to mi się w tym podoba!

Silenoz: Dzięki temu jesteśmy bardziej wielo- niż jednowymiarowi (śmiech)

Mimo wszystko na części utworów nawiązania do black metalu są dość wyraźnie – dlaczego zdecydowaliście się wrócić do tego etapu waszej twórczości?

Silenoz: W niektórych utworach na pewno je słychać. Nie tylko nawiązania do naszej twórczości, ale i, jak mówiłem, także do tych zespołów, które przez te wszystkie lata nas inspirowały.

Shagrath: Jeżeli ktoś dobrze zna historię norweskiego black metalu i tworzące ją w latach 90. zespoły, na pewno usłyszy w „Eonian” dużo z tego czasu. Głównie w poszczególnych detalach czy motywach…

Silenoz: …też w kilku riffach. Skorzystaliśmy z kilku rozwiązań instrumentalnych, które pomogły w uzyskaniu tego zimnego klimatu tak charakterystycznego dla norweskiego black metalu.

Shagrath: Rzecz jasna, nie kopiujemy innych zespołów, ale na pewno inspirują nas do tworzenia poszczególnych partii.

Te black metalowe aluzje dobrze ilustruje też wspomniany już koncept iluzji czasu. W tekstach często nawiązujecie do niego za pomocą lucyferiańskich analogii, chociażby na „Lightbringer”– jakie miały one znaczenie na „Eonian”?

Silenoz: Zawsze szliśmy własną drogą, nie przejmując się innymi, metaforycznie mówiąc, sami przynieśliśmy sobie to światło (Lucyfer – łac. „niosący światło”, AS). Byliśmy trochę czarnymi owcami stada czarnych owiec i te nawiązania to taki nasz sposób na powiedzenie „fuck you, God!”.

Shagrath: Tak jak Lucyfer jesteśmy trochę wyrzutkami z grupy wyrzutków (śmiech).

Silenoz: (śmiech) dlatego lucyferiańska symbolika odgrywa na „Eonian” istotną rolę. Oświetlamy swoją drogę sobie i być może i innym.

W „Interdimensional Summit” jest taki wers, że „the more you see the less it makes sense”. Myślicie, że może się to odnieść do historii black metalu, że im dalej ktoś zapuszcza się w ten gatunek, tym robi się dziwniej?

Silenoz: Coś w tym jest, nie patrzyłem na to z tej strony (śmiech)! Myślę, że tak, jak powiedziałaś, to może być dobry opis całej sceny.

Shagrath: Ilu słuchaczy, tyle interpretacji. Nie tyle pod względem charakteru czy osobowości, ale i muzycznie. Wrażenia, jakie robi na nas muzyka, są u każdego inne. Rzecz jasna, dany temat może być ten sam. Załóżmy, że puścimy tu teraz jakąś płytę – dla ciebie może brzmieć pięknie, dla mnie melancholijnie. Dlatego to zawsze ciekawe, usłyszeć, jak inni odbierają naszą muzykę.

Silenoz: To jest najlepsze w byciu muzykiem, że każdy słyszy coś innego i oprócz swojego wrażenia, dowiadujesz się, co myślą inni, nie narzucając im odpowiedzi. Podobnie z warstwą tekstową, nie narzucamy interpretacji. Kiedyś byliśmy bardziej bezpośredni i mówiliśmy słuchaczowi, „to jest to, co sądzimy”. Tym razem całość jest bardziej eteryczna i otwarta, chodzi o dojście do własnych wniosków.

Shagrath: Chodzi o przekazywanie uczuć i emocji, co jest znacznie ważniejsze niż udawadnianie czegoś na siłę muzycznie. Nie chodzi o techniczne, szybkie granie, choć bez problemu dalibyśmy sobie z tym radę.

Silenoz: Ktoś może myśleć, że jeżeli nie ma serii blastów, to utwór nie jest dobry (śmiech). My patrzymy na to inaczej.

Shagrath: Jeżeli coś komponuję, dla mnie ważniejsze jest to, czy uda mi się wywołać u kogoś jakąś reakcję, ma to większe znaczenie niż zwykły wrzask czy kaskada dźwięku. Trudno to wytłumaczyć…

Silenoz: To jakby pobudzanie wyobraźni.

Shagrath: Załóżmy, że oglądasz film – melodramat, komedię romantyczną, cokolwiek. Jeśli na koniec filmu będziesz płakać, twórcy tego filmu osiągnęli swój cel, budząc w tobie konkretne emocje.

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że waszą muzykę można porównać ze swoistym rodzajem opery. Czy, biorąc pod uwagę, jak w Dimmu Borgir ważne są emocje, podjęlibyście się zrealizowania takiego zadania?

Shagrath: Zawsze marzyłem o stworzeniu muzyki filmowej, to byłoby niezwykłe doświadczenie…

Silenoz: …robimy teraz coś w tym stylu (śmiech)

Shagrath: Aranżacje na orkiestrę są na „Eonian” szczególnie ważne, tworzą też tę kinematograficzną atmosferę, dlatego uznałem ich obecność za niemal obowiązkową na naszej płycie.

Czy plan, by umieścić ich aż tyle na nowym albumie wpłynął jakoś na proces nagrań?

Silenoz: Kiedy planowaliśmy nagrania, decydowaliśmy, który utwór wymaga udziału prawdziwego chóru, a któremu wystarczą sample. Udało nam się nagrać te partie jeszcze przed gitarami czy perkusją.

Shagrath: Zostały jednak dograne już po przedprodukcji, żeby mogły sensownie dopasować się do całości.

Silenoz: Jak możesz sobie wyobrazić, mix i skład był sporym wyzwaniem. Trwało to naprawdę długo, nie wystarczyło usiąść i powiedzieć „OK., robimy to”. Ponownie nie ułatwiliśmy sobie zadania (śmiech)

Shagrath: Ważna była też sama struktura poszczególnych utworów. Nawiązują one do siebie, słowami czy riffami, co nie tylko sprzyja spójności, ale i dobrze wypada na żywo, co istotne w przypadku Dimmu Borgir.

Silenoz: Staliśmy się też lepszymi kompozytorami. W gruncie rzeczy nie potrzeba, żeby sam utwór był nie wiadomo jak skomplikowany, taka powtarzalność też ma swoje zalety, zwłaszcza jeśli jakiś konkretny motyw muzyczny przewija się w trakcie samego utworu. Czasami w innej wariacji, przez co brzmi inaczej niż wyjściowy fragment, niemniej jednak zmieniamy go w jakiś unikatowy sposób.

Shagrath: Jako zespół mamy teraz znacznie większe doświadczenie, także w komponowaniu. Wystarczy spojrzeć na nagrania z czasów „Stormblast”, około 1995. Wtedy wyglądało to na zasadzie „O, świetnie, masz jakiś riff? Dorzućmy do reszty utworu!”, poszczególne utwory nie były tak ustrukturyzowane. Jeśli ktoś miał jakiś pomysł, mógł być pewien, że znajdzie się on na płycie (śmiech)

Silenoz: Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się to trochę naiwne i lekkomyślne, ale wtedy się sprawdzało. Właściwie wszyscy w naszym wieku działali wtedy w ten sposób.

Shagrath: Jednak kontynuowanie tego byłoby katastrofą. Nie byłoby w tym nic twórczego, gdyby do tekstu dodać po prostu riffy i całość zacząć wrzaskiem i tak wrzeszczeć przez cały utwór. Mógłbym tak na zawołanie. W muzyce chodzi przede wszystkim o pokonywanie własnych słabości i wyrabianie marki, jest w tym dużo myślenia, logiki i przygotowań, także podczas prac nad materiałem.

Mam nadzieję, że uda nam się przedyskutować jeszcze jedną kwestię – przy „Eonian” po raz kolejny zmieniliście wizerunek sceniczny. Jak i dlaczego podejmujecie decyzje w tej sprawie?

Shagrath: Nowy album – nowi my. Każdy album to nowy start dla zespołu i wizerunkiem scenicznym i strojami chcemy przekazać jego atmosferę.  Kwestie wizualne są równie ważne, co sama muzyka. Jeżeli nagrywasz muzykę, sfera wizerunku scenicznego powinna ją uzupełniać.

Silenoz: Znowu rzucamy sobie kłody pod nogi i utrudniamy całą sprawę (śmiech) Trochę jak ludzie z KISS…

Shagrath: Pewnie, byłoby łatwiej, gdybyśmy wyszli na scenę w dżinsach i tenisówkach. Jednak, jak mówiłem – kwestie muzyczne i wizualne muszą się uzupełniać.

Dziękuję za rozmowę!