Wstręt – Trzy Dni (2017)

Wstręt – ta nazwa przewijała mi się już kilkukrotnie w różnych miejscach ale jak do tej pory nie miałem okazji sprawdzić z czym to się je. Znajomi polecali, jakieś recenzje z wysokimi notami się pojawiały, a ja dalej odkładałem sprawdzenie debiutanckiego materiału „Trzy Dni” na później. Płyta jednak przyszła sama, nie ma więc opcji na dalsze odkładnie odsłuchu tego materiału. Myślę, że te cztery kawałki śmiało możemy potraktować jako demko dla tego gdańskiego hordu. Szczerze mówiąc spodziewałem się już od pierwszych sekund mocnego strzału w ryj, punkowych riffów i szybkiego energicznego grania. Tymczasem okazuje się, ze „Bez Wyjścia”, czyli utwór otwierający to demko rozpoczyna się spokojnie i powoli rozkręca, prezentując przeróżne oblicza zespołu. Z resztą, każdy z kawałków zawartych na „Trzy Dni” to mocna przekrojówka i podróż po stylach. Wszystko oczywiście zostało utrzymane w ramach szeroko pojętego rocka i metalu ale sklasyfikować jednoznacznie muzykę Wstrętu to nie lada wyczyn. Mamy sporo core’owych zagrywek, trochę post plumkania, budowania hipnotycznego, momentami melancholijnego klimatu, a wokal z kolei ociera się czasem o sludge’owy wrzask. Panowie potrafią jednak uderzyć mocniej, zabawić się groovem, chociaż nie ukrywam, że to właśnie te spokojniejsze fragmenty (np. w utworze „Nieoczekiwanie”) w wykonaniu tego zespołu przekonywały mnie najbardziej. Całość okraszona jest brudnym charakterem i dość suchym brzmieniem – pasuje to idealnie do wydźwięku wałków. Nie powiem, że Wstręt rozwalił mi czaszkę i będę katował to demo od świtu do nocy ale po takiej zapowiedzi chętnie sprawdzę cały album bo pomimo mieszania mnóstwa stylów muzyka tych panów po prostu się klei. Nie czujemy zmęczenia i przesadnego kombinowania. Te cztery kawałki to dobra wizytówka i obiecująca zapowiedź pełnego materiału.