Wolfmother – Victorious (2016)

Andrew Stockdale, niekwestionowany lider tego australijskiego zespołu, „kradnie” od wielu. Kiedy słucha się płyty „Victorious”, co chwila przez głowę przelatują nazwy różnych zespołów. Raz pojawia się Led Zeppelin, innym razem Black Sabbath. Po chwili uśmiechamy się pod wąsem, bo dźwięki, które do nas docierają, przypominają nam grupę Slade, tu zabrzmi coś jak T.Rex, a tam jak Kyuss. Czy widzę w tym coś złego? Przyznaję, że niespecjalnie. W końcu ile zespołów obracających się w podobnej stylistyce gra takie dźwięki na swój, w stu procentach oryginalny, sposób? Jak zwał, tak zwał. Hard rock, retro rock, stoner rock, rock and roll… Nowa płyta Wolfmother trwa 35 minut. W czasach, gdy nowe wydawnictwo Iron Maiden zawiera 90 minut muzyki, Dream Theater przytłaczają nas materiałem 130-minutowym – propozycja australijskiej formacji wydaje się czymś odświeżającym. Choć są i tacy, którzy twierdzą, że niewiele ponad pół godziny muzyki to zwykły żart i marnotrawienie wolnego miejsca na płycie, na której można zmieścić 80 minut materiału.

Wśród dziesięciu nowych utworów znalazły się trzy doskonałe kompozycje: „The Simple Life”, „Gypsy Caravan” i „Eye Of The Beholder”. To przykład piosenek zbudowanych na świetnych riffach, opartych na kapitalnych melodiach i doskonałych refrenach. Ta przestrzeń w pierwszym z wymienionych! Jednocześnie zawierających w sobie coś więcej niż „tylko” przebojowość i chwytliwość. Jest w nich dramaturgia, odrobinę niepokojąca atmosfera, obietnica czegoś… Trzy na dziesięć to nie do końca dobry wynik. Ale na szczęście pozostałe kompozycje trzymają dobry poziom. Jako całość nowa płyta jest przykładem dobrej, profesjonalnej roboty. Klasyczne dla hard rocka instrumentarium, muzyka napędzana świetną sekcją rytmiczną, czasami odezwie się gitara akustyczna, a organy zrobią przyjemne tło… Od dynamicznego „The Love That You Give”, w którym Stockdale momentami przypomina młodego Ozzy’ego Osbourne’a, przez balladowe „Pretty Peggy” – z tą kompozycją, przynajmniej na początku, chyba większość słuchaczy ma problem („Przecież to jakieś popowe/indie badziewie!”), po radośnie brzmiące „Best of a Bad Situation”, aż do kapitalnego finału w postaci, wspomnianego wcześniej, „Eye Of The Beholder”. Ten riff!!! Jest prosto, raczej oszczędnie, dynamicznie, z energią i do przodu. Momentami może też zbyt bezpiecznie… Wokalista, gitarzysta, tekściarz, główny kompozytor w jednej osobie, Andrew Stockdale, z pewnością zdaje sobie sprawę z tego, że świata nie zmieni nawet najbardziej zaangażowanymi tekstami, i pewnie dlatego częstuje nas wersami w stylu: „tonight tonight be my valentine” lub „roses are red, violets are blue I will take them all and give them to you”. Przyznaję, jest to trochę denerwujące, ale na szczęście nie zdarza się w każdym utworze.

Nad produkcją i miksami czuwał Brendan O’Brien, który też, tam gdzie uważał to za stosowne, zagrał na kilku instrumentach. Jeśli się rozchodzi o brzmienie, to myślę, że płyta zyskałaby, gdyby do całości dodać zdecydowanie więcej brudu, choć z drugiej strony naiwnością byłoby oczekiwać, że Wolfmother zabrzmi jak Witchcraft lub Orchid. Oddzielną kwestią wydaje się to, czy Wolfmother to stuprocentowy zespół, czy po prostu projekt Stockdale’a dobierającego sobie ludzi, którzy mu najbardziej odpowiadają w danym momencie. Zwróćcie uwagę na zdjęcia towarzyszące płycie, na których widzimy tylko wokalistę… Andrew zaśpiewał, zagrał na gitarze i na basie. Na instrumentach klawiszowych Ian Peres. Perkusję do większej części utworów nagrał Josh Freese (A Perfect Circle, Devo, Nine Inch Nails, Rob Zombie), do pozostałych Joey Waronker (Beck, R.E.M.). Czy dzięki temu Wolfmother zostanie zwycięską (victorious) ekipą? Kilka bitew pewnie wygrają, ale żeby od razu całą wojnę?