Windhand/Satan’s Satyrs – Split (2018)

Meteopatą można być na wiele sposobów. Jednym z nich jest łączenie konkretnych gatunków muzycznych z porami roku. Zwłaszcza, jeżeli skojarzenia te wspomaga szata graficzna albumu i pozostała towarzysząca jego wydaniu otoczka. Tak też stało się w przypadku splitu Windhand i Satan’s Satyrs. I to nic, że mamy zimę i początek roku. Wraz z tą kompilacją oficjalnie zaczął się dla mnie sezon na Halloween. W końcu w zapowiedziach albumu obiecywano nam szatańskie „acid trip from hell”. A co otrzymaliśmy?

Trzeba przyznać, że dwa utwory, które serwuje nam Windhand, w stu procentach wpisują się w zapowiadany diabelsko-wiedźmińsko-mroczny nastrój. Utrzymane w klimacie znanym z debiutanckiego albumu grupy, „Old Evil” brzmi dokładnie tak, jak brzmieć powinno. Jest ciężko, jest brudno, jest nieco upiornie. Jednym słowem – gdyby zechciano nakręcić kolejny horror klasy Y, w którym pojawiłaby się zabójcza płyta muzyczna, śmiało mogłaby zawierać nagrania Windhand. W przekonaniu tym utwierdza słuchacza również (a może nawet zwłaszcza) monstrualne trzynastominutowe „Three Sisters”. Hipnotyczny wokal Dorthii Cottrell i wręcz nieprzyzwoicie wolna kompozycja sprawiają, że całość jest znakomicie wyważona i bardziej wymagająca niż inne utwory na płycie. To właśnie na wysokości połowy tego kawałka odnieść można wrażenie, że tak właśnie mogłoby brzmieć „Witchcraft Destroys Minds & Reaps Souls” Coven w bardziej metalowym wydaniu.

W mniej oczywistej sytuacji znaleźli się z kolei panowie z Satan’s Satyrs, zespołu do tej pory skutecznie mieszającego doom z punkowymi naleciałościami. Ponieważ ostatni długogrający album grupy, „Don’t Deliver Us”, światło dzienne ujrzał w 2015 roku (podobnie zresztą, co „Grief’s Infernal Flower” Windhand), miło, że trzema utworami mogli na tym splicie zasygnalizować światu, że żyją i mają się dobrze. Od razu jednak uprzedzę, że o ile muzyka Windhand jest dość uniwersalna w tym sensie, że przypadnie do gustu zdecydowanej większości fanów gatunku, z Satan’s Satyrs nie jest tak łatwo. Ogromny przeskok stylistyczny wyczuwalny między „Three Sisters” a „Alucard AD 2018” (z lekko psychodeliczną naleciałością) może skutecznie zepsuć pierwsze dobre wrażenie. Tym drobnym niepowodzeniem nie należy jednak się zrażać, bo, jak się zdaje, głównym celem Satan’s Satyrs na tej kompilacji było właśnie pokazanie, że mają wszystko w największym poważaniu. To z kolei zostało zademonstrowane w bardzo przekonujący sposób. O ile bowiem pierwszy utwór zespołu najbardziej nawiązuje do dotychczasowych dokonań muzyków, kolejne dwa uciekają w zupełnie inną stronę. W przeciwieństwie do Windhand, Satan’s Satyrs w swojej muzyce stawia nie na nastrój, a na uderzenie i zadziorność. W „Succubus” na powrót zostajemy zanurzeni w mrocznym doom-stonerowym diabelskim kotle, w którym zresztą kąpaliśmy się już, słuchając dwóch kawałków Windhand. Wraz z zamykającym split „Ain’t That Lovin’ You, Baby”, otrzymujemy natomiast absolutnie wystrzałową mieszankę rock’n’rollowego zacięcia, by, przechodząc po drodze przez znane i lubiane punkowe nawiązania, postawić kropkę nad „i” w bardziej metalowym stylu.

Z początku mogłoby się wydawać, że ze względu na dobór zespołów i różnice stylistyczne między nimi, całość splitu może sprawiać wrażenie chaotycznego. Jednak zarówno pierwsze, jak i drugie czy dziesiąte wrażenie nie pozostawia wątpliwości, że nie tylko sam pomysł był ciekawy i przemyślany, ale i że zarówno Windhand, jak i Satan’s Satyrs pokazali się z jak najlepszej strony, dbając o niepowtarzalną atmosferę wydawnictwa.