Triptykon + goście (Kraków, Kwadrat, 16.03.2017)

Za nami cztery koncerty polskiej mini trasy szwajcarskiego Triptykon. Jakie były występy we Wrocławiu, Warszawie i Gdańsku? Nie wiem, choć przypuszczam, że większość fanów była bardzo zadowolona. Jeśli zagrali tak jak w Krakowie, to reklamacji nie przewiduję. Krakowski Kwadrat może i nie pękał w szwach, ale o frekwencyjnej porażce też nie można mówić. Gdyby Thomas Gabriel Fischer przyjechał na jeden koncert do Polski, to wtedy z pewnością moglibyśmy zapomnieć o swobodnym przemieszczaniu się po sali klubu, nawet gdyby wejście na górne balkony było otwarte… Osiemdziesięciominutowy koncert Triptykon ukazał grupę w doskonałej formie. Zagrali z energią, mocą i radością. Tak, radością! Choć o liderze zespołu mówi się, że jest bardzo ponurym typem, a uśmiech na jego twarzy pojawia się z taką samą częstotliwością, jak rozsądek w polskiej polityce, to tu, widziałem to dokładnie, na kilkanaście sekund przed wejściem na scenę, Tom się uśmiechał i ten uśmiech nie raz w trakcie koncertu jeszcze się pojawiał. Trudno się dziwić. Polscy fani bardzo entuzjastycznie przyjęli występ głównej gwiazdy wieczoru. Gwiazdy, która sięgała nie tylko po utwory pochodzące ze swoich dwóch płyt, ale zaprezentowała również kilka klasycznych kompozycji z chwalebnej przeszłości Celtic Frost. Chyba nikogo to nie dziwi, przecież nie bez powodu Triptykon nazywany jest nowym wcieleniem poprzedniego zespołu Fischera. „Procreation (of the Wicked)” i „Dethroned Emperor” – czy można sobie wyobrazić bardziej imponujący początek koncertu? Słowo daję, poczułem, że przejechał po mnie stutonowy walec. Piekielny ciężar! Jeden z fanów, obok którego stałem, popatrzył na mnie i krzyknął: „Kurwa mać, wreszcie! Na to właśnie czekałem!”. Ale to nie wszystko, bo czy zagrane w dalszej części występu „Morbid Tales” i „Circle of the Tyrants” nie udowodniły wam, że muzyka CF jest ponadczasowa? Może to też i sentyment, bo człowiek poczuł się tak, jakby znów miał piętnaście lat, ale nie wmawiajcie mi, proszę, że jest to najzwyklejsze w świecie odcinanie kuponów i reanimowanie trupa, bo również Triptykonowe, brutalne „Goetia” i „Tree of SuffocatingSouls” (kto był pod sceną, ten wie, co się działo), klimatyczne „Aurorae” i miażdżące, monumentalne, zagrane na zakończenie, „The Prolonging”, zabrzmiały tak samo autentycznie i przekonująco. Być może się mylę, nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że człowiek, który stoi na czele tego zespołu, jest prawdziwym artystą, szczerym wobec siebie i słuchacza. A określenie tego koncertu mianem rytuału nie jest niczym przesadzonym. Mrok, ciemność i magia.

W roli supportów wystąpiły trzy zespoły. Największe oczekiwania miałem względem Secrets Of The Moon. Niestety, występ Niemców trochę mnie rozczarował. Choć sam zespół grał bez zarzutu, prezencja sceniczna mogła się podobać, to nie do końca satysfakcjonujące było brzmienie. Gdyby gitary zabrzmiały tak, jak w zagranym na finał „Lucifer Speaks”, to wtedy zamknąłbym swoją jadaczkę i nie narzekał. Ale gdy słuchałem „Dirty Black”, „Man Behind the Sun” lub „Hole”, zabrakło mi tego elementu, który sprawia, że koncert można zaliczyć do naprawdę udanych. Może następnym razem.

Polską scenę reprezentowały grupy Mord’A’Stigmata – bardzo udany koncert, dobrze brzmiący, dojrzały i hipnotyzujący oraz Blaze Of Perdition. Ciekawie dobrane supporty i doskonały występ szwajcarskiego Triptykon. Oby więcej takich tras w naszym kraju!

Zdjęcia: Piotr Śliwa (www.pksphotography.com)