Toto (Kraków, Tauron Arena, 28.02.2018)

Jak większości zapewne wiadomo, każdy w życiu ma jakieś marzenie, czegoś pragnie, o czymś myśli, coś co lubi, co chciałby jeszcze raz zobaczyć, usłyszeć… Na przykład pani Walentyna Wnuk, która jest salową od wielu, wielu lat, chciałaby najbardziej usłyszeć piosenkę pana Koracza o zdrowiu. Kolega z pracy, elektroakustyk, marzył o tym, by zobaczyć koncert amerykańskiego zespołu Toto. Gdy tylko pojawiła się informacja, że Toto znów odwiedzi nasz kraj, kolega podjął decyzję, że tym razem pojedzie. Namówił do tego czynu też innych kolegów i koleżanki. Mnie również namówił. Trochę na początku się broniłem, bo muszę przyznać, że Amerykanie nie należą do grona moich muzycznych faworytów. Owszem, znam, szanuję, doceniam, wiem, że mam do czynienia ze znakomitymi muzykami; kiedy pracowałem w rozgłośni radiowej, sam często sięgałem po ich single, ale żeby wariować na punkcie tej grupy? Niekoniecznie. Niemniej jednak pojechałem, zobaczyłem, nie żałuję. Było miło i sympatycznie, ale też zabrakło mi czegoś istotnego w tym wydarzeniu. „40 TRIPS AROUND THE SUN” WORLD TOUR to trasa, którą zespół świętuje swoje czterdziestolecie, promuje także najnowszą płytę, na której znalazły się największe przeboje i nowe kompozycje.

„To jest koncert dla prawdziwych melomanów, a nie dla jakiegoś motłochu” – powiedziała dama do swojego rycerza, gdy ten rzucił pytaniem: „A dlaczego na płycie są poustawiane krzesełka? Przecież to rockowy koncert jest…”. Popatrzyłem na damę (ładna, zgrabna), popatrzyłem na rycerza (wysoki, miał włosy), popatrzyłem na puste miejsca dookoła siebie… „A było tak przyjemnie” – pomyślałem, ale z drugiej strony poczułem się w pewien sposób doceniony, bo od 26 lat jeżdżę na koncerty i wreszcie doczekałem się tytułu melomana! Trzeba jednak przyznać, że te krzesełka na płycie nie były chyba do końca dobrym pomysłem, bo gdy tylko grupa rozpoczęła swoje przedstawienie, to część publiczności… tj. melomanów pobiegła pod scenę, a reszta z tych krzesełek po prostu wstała i stała do końca koncertu. Część stała, część skakała, część tańczyła, bo w sumie przy takich utworach, jak „Africa” lub „Make Believe”, nawet gdy się siedzi, to się tańczy. Całość trwała 125 minut. Bez większych fajerwerków produkcyjnych, z ładnymi światłami, niezłym brzmieniem (choć tu zdania były podzielone), grupa oprowadziła nas po swoim muzycznym świecie. Czasami robili to bardzo skrótowo – mam na myśli ten częściowo akustyczny set, w którym usłyszeliśmy m.in. „Miss Sun”, fragment „Georgy Porgy”, „Holyanna”… Całość okraszona wspomnieniami i żartami Lukathera i Paicha. Przyznaję, że ta część trochę mnie znużyła. Zdecydowanie mocniej przemawiały do mnie te bardziej dynamiczne kompozycje. Świetne „Girl Goodbye” (piękny klimat stworzyły czerwone światła!), przebojowe „Hold The Line” (zagrane tuż po rozpoczynającym koncert „Alone”), podnoszące temperaturę „Lovers In The Night”, instrumentalne i udowodniające klasę muzyków „Jake To The Bone” (mój zdecydowany faworyt) i fantastyczna „Rosanna”, której szczególnie druga część, z tą genialną solówką Lukathera, mogła słuchacza zachwycić. A właśnie, najbardziej z tego koncertu przemawiały do mnie solówki gitarowe. Pięknie zagrane i cudnie brzmiące. Przyznaję, że mam jeszcze w sobie jakąś słabość do gitarowego „wymiatania”, a Steve Lukather doskonałym gitarzystą jest i nie sposób o tym nie wspomnieć. Kolega elektroakustyk zachwycił się z kolei znakomitymi partiami perkusji i instrumentów perkusyjnych. Zresztą poziom wykonawczy całości był naprawdę wysoki, ale to akurat chyba nikogo nie dziwi. Choć można trochę się przyczepić do partii wokalnych Davida Paicha, ale na szczęście częściej grał niż śpiewał. Wspominałem, że jednak czegoś mi zabrakło… Przyznaję, że nie odnalazłem w tym wszystkim większych emocji. Takich emocji, po których człowiek nie potrafi sobie znaleźć przez jakiś czas miejsca, emocji, które powodują, że uczestnik koncertu chce się z całym światem (nie tylko tym na Facebooku) dzielić tym, że przeżył coś wyjątkowego i niesamowitego. Nie odczułem tej magii, która sprawia, że koncert nie jest tylko chwilowym oderwaniem się od szalenie ważnych i szalenie istotnych obowiązków dnia codziennego, i że chciałoby się tego Toto więcej i więcej i znów… Znajomy nazywa taką sytuację: „Bez orgazmu”.

Pięć tysięcy osób oklaskiwało występ zespołu. Amerykanie mają pokaźną grupę fanów w Polsce, jednak potężna Tauron Arena nawet przy takiej frekwencji trochę „świeciła pustkami”. Być może za bardzo przyzwyczajony jestem do widoku wypełnionej po brzegi hali… Ale pamiętać trzeba też o tej olbrzymiej ilości koncertów, która jeszcze przed nami, nie wspominając o tym, że do koncertowego kalendarza dopisywane są co chwila nowe wydarzenia. Mój kolejny koncertowy przystanek? Black Label Society. Również w Krakowie.