Tarja – The Brightest Void/The Shadow Self (2016)

Zastanawiałam się chwilę, jak potraktować dwa najnowsze wydawnictwa Tarji. Razem, czy osobno. Postanowiłam jednak, że opiszę je w jednej recenzji. Tak chyba będzie zasadniej. Dlaczego? Ano dlatego, że bez wątpienia stanowią one pewną całość. W głównej mierze przez utwory, które znajdują się zarówno na jednym, jak i drugim albumie. Pierwszy z nich, „The Brightest Void” miał swoją premierę kilka dni temu, natomiast drugi z nich, „The Shadow Self” ukaże się dopiero w sierpniu. Gwoli wyjaśnienia, dlaczego dwa? Jak przyznaje wokalistka, uzbierało się jej sporo materiału, który chciała wydać akurat teraz, stąd decyzja, że zasili on aż dwa wydawnictwa. Nie ma zatem potrzeby szukać tu jakiejś głębszej filozofii.

Jakoś chyba zatrzymałam się gdzieś w okolicach 2014 roku, bowiem co rusz dopadają mnie informacje, że moi ulubieni artyści wydają nowe płyty (już?). Nie wiem, może to przez to, że w ostatnim czasie nie piszę już tak dużo, jak kiedyś… „Colours In The Dark”, czyli poprzednia płyta Tarji ma już trzy lata, a mnie wydaje się, że ukazała się niedawno. Może przez trwającą dwa lata ogólnoświatową trasę promującą to wydawnictwo. Więc ledwo się obróciłam, a mam już nowe albumy.

Tarja w przedpremierowych zapowiedziach informowała, że będzie to jej najcięższy w karierze materiał. Czy tak jest? Poniekąd tak, ale nie do końca. Muszę przyznać, że po obejrzeniu i wysłuchaniu klipu do utworu „No Bitter End”, miałam bardzo mieszane odczucia, żeby nie powiedzieć dosadniej. Do tej pory uważam ten kawałek za jeden z najgorszych na płycie i nie sądzę, by był dla niej najbardziej reprezentatywny. Fakt, swoją rolę „chwytliwej” piosenki spełnia, ale nic poza tym. Nie dla niej „taka” stylistyka. Zatem przed przystąpieniem do odsłuchiwania „The Brightest Void”, a potem „The Shadow Self”, byłam nieco zdystansowana. Oba albumy definitywnie potrzebowały czasu, by się osłuchać.

Artystka przyzwyczaiła już swoich fanów do tego, że współpracuje z najlepszymi, tyczy się to samych muzyków, ale także producentów. I jeśli o producentach mowa, podobnie jak poprzednio, miksem albumu zajął się słynny Tim Palmer. Na „The Brightest Void” pojawiają zacni goście, między innymi Michael Monroe, fińska gwiazda glam rockowego Hanoi Rocks (utwór „Heaven and Hell”) , a także Chad Smith, perkusista Red Hot Chili Peppers w kompozycji „Eagle Eye”. Z kolei w drugim utworze na „The Shadow Self” – „Demon’s In You” – swojego głosu użyczyła Alissa White-Gluz. Na płycie pojawiają się dwa covery. Jest to kompozycja Paula McCartney’a „House Of Wax”, który w wykonaniu Tarji jest niezwykle klimatyczny i mroczny zarazem oraz numer „Goldfinger” – znany z filmu o Jamesie Bondzie. Ten drugi jakoś nie przypadł mi wyjątkowo do gustu, być może dlatego, że nie lubię muzyki, jak i samych filmów o JB. Na „The Brightest Void” Tarja serwuje swoim fanom także niespodziankę w postaci kawałka „Paradise (What about us?)”, który znają już doskonale z kooperacji z Within Temptation. Uważam to za fajny pomysł umieszczenia tego utworu na płycie, bowiem wersja Tarji jest ciekawsza muzycznie, nie tak „spłaszczona” i „wygładzona”, fajniej słychać gitary i orkiestracje. Poza tym, z wiadomych względów, wokal Tarji jest nieco bardziej uwypuklony, co również bardziej mi odpowiada.

Kiedy przesłucham kilkakrotnie zarówno jeden, jak i drugi album, moje odczucia były jednoznaczne. Śmiało mogę stwierdzić, że udało się Tarji zawrzeć na tegorocznym wydawnictwie (a właściwie wydawnictwach) wszystko to, do czego nas przyzwyczaiła na wszystkich dotychczasowych albumach. Jeśli mówimy o „The Brightest Void”, to jest pełno skojarzeń z „What Lies Beneath”, zwłaszcza jeśli chodzi o rockowe numery w postaci wspomnianych już „No Bitter End”, czy „Heaven and Hell”, a także „Shameles”. Tu uwidaczniają się również jej fascynacje klasycznym hard rockiem. Z kolei „An Empty Dream” i „Witch Hunt” spokojnie odnalazłyby się na „My Winter Storm”. Minimalistyczne i niezwykle klimatyczne, spokojne numery, które chyba najbardziej podobają mi się z całego „void’owego” zestawu. Cover McCartney’a również ciekawie wpisuje się te spokojniejsze momenty albumu. Moim faworytem na płycie jest jednak „Eagle Eye„, nagrany z Chad’em Smith’em (z wokalem brata Tarji, Toni’ego). Myślę, że ten utwór najbardziej reprezentuje całość albumu, mając w sobie ładunek zarówno pewnej „przebojowości”, jak „tarjowego” „patetycznego” stylu. „The Brightest Void” w początkowej fazie słuchania, sprawia wrażenie nieco „rozproszonego” muzycznie, ale z czasem docenia się sposób jego kompozycji, różnorodność nie pozwala na nudę. Z drugiej jednak strony, nie można o nim powiedzieć, by był tak spójny jak jego poprzednik „Colours In The Dark”, który pod tym względem uważam za ciekawszy. Na początku wspominałam o gitarach, o których też tak sporo mówiła Tarja. Fakt, pod względem riffów, ale i solówek, kładzie na głowę swoich poprzedników. Orkiestracje i elektroniczne elementy nie są już tak dominujące jak wcześniej. Za to duży plus, bo mi osobiście to bardziej u niej odpowiada. To chyba tyle o przedsmaku głównego albumu, który ukaże się w sierpniu… O tym drugim należy bowiem powiedzieć trochę więcej.

Słychać od razu, że „The Brightes Void” jest zapowiedzią albumu głównego. A w czym konkretnie to słychać? Przede wszystkim „The Shadow Self” jest dłuższy, kompozycje są bardziej rozbudowane, złożone i bardziej zróżnicowane. Mimo tego, że oba albumy mają pewien łącznik w postaci „No Bitter End” i „Eagle Eye” (tutaj mamy „album version”), to „The Shadow Self” jest bardziej „charakterystyczny” dla Tarji. To, co go wyróżnia, to pewien „gotycki duch”. Słychać to szczególnie w takich utworach jak „Love To Hate”, „Undertaker”, czy w zamykającym płytę „Too Many”. Jeśli mowa o ostatnim punkcie albumu, to warto wspomnieć o wyjątkowej kompozycji otwierającej „The Shadow Self”, czyli utworze „Innocence” – to chyba najlepszy jej utwór na fortepian. W przypadku czerwcowego albumu wspominałam o wielu skojarzeniach z debiutanckim „My Winter Storm”, tu również pojawiają się utwory, jak „Supremacy” i „Diva”, które gdzieś tam również mogłyby się znaleźć, ze względu na swój „bajkowy” charakter. Swoją drogą, ciekawe czy „Diva” tekstowo traktuje o samej Tarji…? Pewnie tak. Z kolei „Calling From The Wild” przypomina mi bardzo „Victim Of Ritual” z poprzedniego albumu. Generalnie jeśli silić się na jakieś porównania z „Colours In The Dark”, to można powiedzieć, że „The Shadow Self” jest poniekąd naturalną kontynuacją klimatu poprzednika. Choć mam wrażenie, że podany w nieco bardziej przystępnej formie. A może to tylko moje chwilowe odczucia. Pewne jest to, że to ciekawy muzycznie materiał. Przy tym cięższy, co mnie głównie do niego przekonuje. Tak jak „Eagle Eye” jest moim faworytem jeśli chodzi o pierwszy album (mimo, że tutaj też znajduje się ten utwór), tak na „The Shadow Self” mam swoją perełkę – wspomniany już „Love To Hate”. Powiem więcej, uważam go z jedną najlepszych jej kompozycji. Co jest w nim takiego szczególnego? Orkiestracje, a szczególnie „smyczki” przywodzące mi na myśl „Ukryty wymiar” naszego rodzimego Artrosis (!). Tak, tak! Kto zna dobrze ten album, będzie wiedział o czym mówię! Ciekawe swoją drogą, czy Tarja słyszała kiedyś Artrosis…

Tarja na nowych albumach nie odkrywa niczego nowego. Sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Jak tak się zastanawiam nad tym, co mogłaby nowego przemycić w swojej muzyce, to sobie myślę, że mogłoby to ostatecznie nie mieć sensu. Wiadomo, że to wykształcona wokalistka z szerokim wachlarzem możliwości (nie tylko wokalnych) i sięgająca do wielu źródeł inspiracji. Na obu tych albumach to wszystko słychać. Są tu ciężkie metalowe riffy, trochę hard rocka, trochę progresji, na drugim krańcu elementy opery, a nawet musicalu. Jak dobrze się wsłuchamy, to odnajdziemy też jazzowe wstawki. Nad tym wszystkim unosi się (oczywiście) duch muzyki klasycznej. Czyli mamy wszystko, co dobrze u niej znamy. Zatem fanów nie powinno nic zaskoczyć. Jeśli o mnie chodzi, póki co słucham obu materiałów wyrywkowo, skacząc po poszczególnych numerach. Sądzę, że podobnie jak w przypadku „Colours In The Dark”, perspektywa czasowa wiele nie zmieni w moim odbiorze. Rzadko bowiem, jeśli chodzi o Tarję, sięgam po albumy w całości, są to raczej wybrane utwory. Z „The Brightest Void” i „The Shadow Self” zapewne będzie tak samo…