Symbol Of Domination Production/Satanath Records Cz. 6 (2018)

Godless Enthropia – Tetracyclic Dominion (2018)
Na początek lecimy z death metalem prosto z Italii. Godless Enthropia, bo o nich mowa, istnieją od sześciu lat i na koncie mają epkę oraz opisywany właśnie długograj. Po krótkim akustycznym intrze zaczyna się część właściwa czyli gęsty, duszny metal śmierci ze sporą ilością łamańców i technicznych zagrywek. Nie daje się jednak odczuć by było to robione w sposób przekombinowany. Kawałki są spójne, szybkie i konkretne. Moje skojarzenia leciały przy kolejnych odsłuchach w stronę Gorguts chociaż oczywiście trzeba mieć na uwadze, że do mistrzów ekipie z Turynu sporo brakuje. Największym problemem był dla mnie na tym krążku wokal. Dość monotonny i jak na moje ucho gdzieś ginący w całym tym natłoku dźwięków. Niemniej jednak jest to solidny, techniczny brutalny death metal, który fanom gatunku może zrobić dobrze. 6,5/10

Utburd – The Horrors Untold (2018)
Następny w kolejce ustawił się nasz sąsiad. Utburd to bowiem jednoosobowy projekt z Rosji powołany do życia przez niejakiego Tuora. Od 2014 roku wspomniany wcześniej pan zdążył wypuścić na światło dzienne demówkę i pełny album, mi natomiast przyszło się mierzyć z drugim pełniakiem w postaci „The Horrors Untold”. Przeprawa nie była łatwa, bo atmosferyczny black metal bardzo często ociera się i kiczowatość i z trudem się tego słucha. Można rzec, że tak jest i w tym przypadku, ale mimo, iż te wszystkie zagrywki wałkowane były milion razy, wokal totalnie do mnie nie przemawia to ta płyta ma całkiem znośne momenty. Całość zabarwiona jest doomwym charakterem, który w moim odczuciu ratuje to wydawnictwo. Czasem miałem wrażenie, że jest tu zbyt cukierkowo, baśniowo wręcz (na pewno nie takiego określania życzyłby sobie twórca), a mimo wszystko brnąłem w to dalej i sam się sobie dziwiłem, że nie wyłączyłem tego w cholerę. Niektóre fragmenty przywodziły mi na myśl nowsze wcielenie kredek, pewnie głównie za sprawą wokalu właśnie, a i klawisze na pewno odegrały w tym sporą rolę. Dziwny to materiał, dość mocno rozwleczony a mimo wszystko płynący sobie swoim torem. 5/10

Vomitile – Pure Eternal Hate (2018)
To jeden z jaśniejszych punktów w tym zestawieniu. Kapela z Cypru grająca death metal – brzmi egzotycznie ale w rzeczywistości wypada bardzo w porządku. Zwolennicy Bolt Thrower czy naszego rodzimego Vadera odnajdą się w tych szybkich strzałach bez problemu. Od pierwszej sekundy gdzie pojawił się wokal od razu miałem przed oczami Petera z tą jego charakterystyczną manierą wokalną. „Pure Eternal Hate” to dziesięć konkretnych i precyzyjnie wymierzonych ciosów. Pomysły na kawałki nie są zbyt skomplikowane natomiast do wykonania ciężko jest się przyczepić. Brzmi to po prostu dobrze. Mocy całości w tym przypadku dodaje dość sterylne i selektywne brzmienie, które w połączeniu z tnącymi riffami daje na prawdę niezły efekt. Na plus oceniam również solówki, które nie męczą, nie są dodane na siłę, a mają za to swój charakter i wpadają w ucho. Rewolucji nie ma, wstydu też nie. 7/10

Cavus – The New Era (2018)
Ktoś zamawiał black metal z Finlandii? Ja też nie, ale jak podali do stołu to skosztuję. Istniejąca jedenaście lat załoga Cavus i ich drugi pełniak to dziesięć kawałków osadzonych w black metalowym klimacie kawałków. Bardzo spodobało mi się intro, po którym gałkę „volume” trzeba jednak podnieść w dół (nie kumam dlaczego panowie zdecydowali się na taki skok głośności, ale nie jest to najważniejsze). Cóż, brzmienie dość mocno demówkowe, przywołujące skojarzenia z trochę lepiej nagłośnioną piwnicą. Ale do wkurwionego, agresywnego black metalu pasuje jak znalazł. Na wyżyny kompozytorskie panowie się nie wznoszą – dostajemy proste, ograne już patenty. Niektóre zostały wykorzystane w sposób ciekawy, inne lekko nużą, generalnie cały ten materiał to po prostu nie wybijający się ponad średnią czarny metal. W to wszystko dobrze wpasowują się wokale, które ortodoksyjnych fanów mogą trochę odrzucić bo oprócz typowych blackowych skrzeków czy zawodzeń mamy przemyconego sporo crustowego czy wręcz grindowego darcia mordy. brzmi to może dość dziwnie ale sprawdza się całkiem nieźle. Jako ciekawostkę mogę dodać, iż gitarzysta Cavus grał niegdyś w Furii (niestety nie naszej, a finlandzkiej) oraz w Devilish Impressions (niestety naszym). 5/10

Internal Suffering – Chaotic Matrix (2018)
Internal Suffering to jedyna nazwa, która mówiła mi cokolwiek z tego zestawienia i jedna z nielicznych, która obiła mi się wcześniej o uszy i wydaje w tej wytwórni. Opisywany materiał to reedycja wydanej w 2002 drugiej pełnej płyty zespołu. Kolumbijczycy upodobali sobie techniczny, brutalny death metal i opanowali go w na prawdę zadowalającym stopniu. Ciężkie, wypełnione dołem utwory w połączeniu z bulgotliwym, grindowym wręcz wokalem na prawdę robią robotę. Lekko ponad pół godziny takiego napierdolu to zupełnie wystarczająca dawka by przekonać się, że panowie wiedzą o co chodzi w tego typu graniu. Myślę, że fani gatunku mają już o tym albumie swoje zdanie, a jeśli jakoś ominął was ten krążek polecam zapoznać się z jego reedycją. 7/10

Internal Suffering – Choronzonic Force Domination (2018)
W zasadzie możecie cofnąć się do poprzedniej recki i będziecie wiedzieli o czym mówię. Tym razem jest to reedycja trzeciego albumu Kolumbijczyków. Rozwinięcie stylu? Zmiany? Najbardziej dojrzały album? Nic z tych rzeczy, równie solidna dawka brutalnego śmierć metalu w dziewięciu odsłonach. Nieco ponad dwa kwadranse, w których panowie rozdają karty i pokazują o co w tej zabawie chodzi. 7/10

Horrorgraphy – Season Of Grief (2018)
Zmiana klimatu. Przenosimy się do Grecji gdzie rok temu powstała kapela Horrorgraphy. Dużo czasu nie minęło i panowie wydają swój debiutancki materiał. Kwartet prezentuje doom metal o symfonicznym zabarwieniu, który za nic nie potrafi mi się wbić do głowy. Byłem zaskoczony, że powyższe materiały trzymały całkiem znośny poziom i czekałem właśnie aż trafi się taka „perełka”. Padło na ekipę z Aten i cóż na prawdę ciężko będzie mi znaleźć tu plusy. Brzmi to jak dla mnie tandetnie i kiczowato. Plastikowe brzmienie pozbawione mocy i energii w połączeniu z operowymi wręcz zaśpiewami totalnie nie pasują mi do doomowej stylistyki. Taki koszmarek mógłby ukazać się u nas w latach 90-tych i może znalazłby wtedy swoich odbiorców, którzy pewnie i tak po latach wstydzili by się, że wkładali go do swoich odtwarzaczy. Zdecydowanie nie. 2/10

Wrathrone – Reflections Of Torment (2018)
Z odsieczą przychodzą Finlandczycy z Wrathrone. Swoją muzyką nie próbują wymyślać koła na nowo ale prezentują przyswajalną porcję death metalowego grania z lekko rock’n’rollowym klimatem. Dobrze słuchające się przytupańce mieszają się tutaj z ciężarem i mięsistym brzmieniem co daje na prawdę niezły efekt. Czuć echa szwedzkiego death metalu ale pachnie to również nieco nowocześniejszym podejściem do metalu śmierci. Dużo chwytliwych i zadziornych riffów, gdzie trzeba jest również solidniejsze przykurwienie. Wszystko okraszone dość głębokim, czasem lekko monotonnym growlem. Przyjemna, nie zmuszająca do rozkładania muzyki na czynniki pierwsze, płyta. 6,5/10

Aornos – The Great Scorn (2018)
Na koniec zostaje nam jednoosobowy projekt z Węgier. Aornos, bo o nim tu mowa, powstał w 2014 roku ale nie przeszkadzało mu to w wypuszczeniu jak dotąd sześciu wydawnictw. My zajmiemy się siódmym wypustem tego pana, a czwartym jeśli liczyć tylko długograje. Dostajemy tutaj mocno ograny już, klasyczny black metal. Mam wrażenie, że ta płyta powstała z czysto zajawkowych powódek, bez chęci przewrócenia gatunku do góry nogami. W myśl zasady – podoba mi się Emperor, Satyricon czy starszy Arcturus więc pogram sobie muzykę na ich modłę. Wychodzi to momentami dobrze, momentami do dupy a całość daje się poznać jako mocna średniawka. Nic na tym albumie was nie zaskoczy, podłapiecie parę riffów ale czy coś zostanie po przesłuchaniu „The Great Scorn” w głowie? Nie sądzę. 4/10