Straight Hate – Every Scum Is a Straight Arrow (2016)

Jakieś dwa lata temu miałem przyjemność recenzować split Straight Hate z indonezyjskim Speedy Gonzales. Już wtedy pisałem o tym, że grind to trochę nie mój klimat, ale mimo wszystko bardzo dobrze mi się go słuchało. Lubelsko-Chełmska formacja powraca teraz z pierwszym długograjem a ja muszę się chyba powtórzyć. Panowie prezentują ten rodzaj grindu, który mi osobiście odpowiada najbardziej. Nie jest to chaotyczna napierdalanka, z której nie idzie niczego zapamiętać. „Every Scum Is A Straight Arrow” zawiera kawałki, które bez problemu mogą przekonać do siebie także osoby nie bardzo siedzące w tym gatunku (patrz – ja). I nie zrozumcie mnie źle, wszystko jest tutaj na swoim miejscu, zachowane według sprawdzonych wcześniej form i spełnia kryteria grindu w 100%, ale przy tym jest podane w przystępny sposób. Spora w tym pewnie zasługa zabarwionego na szwedzko brzmienia, które, nie będę ukrywał, robi mi bardzo. Do tego dodać trzeba jeszcze trochę punkowej energii, mnóstwo wpadających w ucho rytmów i mamy przepis na idealną imprezę taneczną (zachrumkał radośnie prosiaczek). Spędziłem z tym albumem już kawałek czasu i nadal chętnie do niego wracam, co nie zdarza mi się często w przypadku tego gatunku. 17 numerów – 25 minut bezlitosnej chłosty i skondensowanego wkurwienia – Fuck It This Is Grindcore! Podsumowując – świetna robota. Szczerze wątpię, że usłyszę w tym roku coś lepszego z metką „grind” w naszym kraju, a może nawet i poza nim. Kto nie wierzy, może odsłuchać w całości album na bandcampie Deformeathing Production. Tylko uważajcie, bo jest to równoznaczne ze zniknięciem z portfela 25 złociszy, które wydacie później na ten album.