Sólstafir, Myrkur, Árstíðir (Kraków, Kwadrat, 10.12.2017)

„Grudzień to był wichrem śpiewny” – jak pisał Edgar Allan Poe… Wiało mocno. W drodze powrotnej przede wszystkim. W klubie za to było ciepło, nawet bardzo, bo krakowski Kwadrat wypełnił się do ostatniego miejsca. Kolejny wyprzedany koncert. Ludzie już zaczynają gadać, że powróciła moda na dźwięki rockowe i metalowe. Niech i tak będzie. Licznie zgromadzona publiczność oklaskiwała tego dnia trzy zespoły. Całość otworzyła formacja Árstíðir.

Zdjęcia: Marcin Fiń

Árstíðir pochodzą z Islandii, grają muzykę, w której odnajdziecie elementy folku, rocka, muzyki klasycznej, elektroniki. W przyszłym roku ukaże się ich czwarta płyta. Klawiszowiec i wokalista Ragnar Ólaffson zasila także koncertowe szeregi Sólstafir, z kolei perkusista głównej gwiazdy tego wieczoru wspomógł kolegów z Árstíðir w kilku utworach, grając na perkusji. Islandczycy grali przez pół godziny i swoim występem oczarowali i zahipnotyzowali zebraną publiczność. Było nastrojowo, melodyjnie, melancholijnie i po prostu pięknie. Taka muzyka nie potrzebuje żadnej wymyślnej oprawy, żadnego teatru i efektów pirotechnicznych. Tu wystarczy chłop, z twarzy może być podobny zupełnie do nikogo, i jego instrument. Instrument muzyczny. Do tego ładnie brzmiące głosy i emocje wplecione w dźwięki. Gdy zespół czarował nas kolejnymi piosenkami, ochrona klubu mogła iść w tym czasie na kawę, bo nie miała nic kompletnie do roboty. Przez głowę przeleciała mi myśl, że jest tak spokojnie jak na niedzielnej mszy, a że była to niedziela… Podejrzewam, że koleżanki z pracy, które katuję przez większość czasu metalowymi dźwiękami, pewnie uznałyby mnie za pozera, bo tu niby taki metalowiec, a pojechał na jakąś krainę łagodności. Skoro przyznałem się do tego, że jestem pozerem (i do tego też hipsterem)…

Zdjęcia: Marcin Fiń

Czas na koszmar każdego prawdziwego black metalowca! Myrkur, czyli Dunka Amalie Bruun i jej kompanii. Na prawie każdym kroku słyszę, że ta kobieta nie jest żadną artystką, tylko produktem rynku muzycznego. Są i tacy, którzy podkreślają, że i urodę ma kontrowersyjną. Wychodzi na to, że nie znam się ani na muzyce, ani na urodzie. Bo nie dość, że bardzo lubię jej twórczość, to jeszcze serce bym jej oddał, ale ja siedzę w tym małym Przemyślu, ona w świecie wielkim… Czy związek na odległość ma w ogóle sens? Ale ja nie o tym chciałem. Myrkur zachwyciła mnie swoim głosem. Zarówno tymi fragmentami, w których śpiewała a cappella (wstęp do znakomitego „Skøgen skulle dø”) lub tylko na tle wybijanego rytmu (zaprezentowany na zakończenie koncertu „De tre piker”), a także w tych brutalnych częściach utworów, gdy udowadniała, że nie jest jej obca ostra, blackmetalowa ekspresja wokalna, bo właśnie w jej występie można było odnaleźć najmocniejsze pod względem muzycznym momenty tego wieczoru („Skaði”). Przy największej nawałnicy dźwięków trochę gubiła się selektywność, co też jest często dość charakterystyczne dla tego gatunku, ale całość była bez zarzutu. Prezencja sceniczna i wykonanie na wysokim poziomie, a to, że nie polała się krew, na scenie nie były porozwieszane świńskie łby, a wokalistka nie zamieniła swojego występu w czarną mszę dla zbuntowanych nastolatków, nie oznacza, że mamy do czynienia z czymś słabym, niegodnym uwagi i akceptacji. Swoją drogą, już w trakcie jej występu sala zapełniła się słuchaczami, być może część z nich sprowadziła ciekawość, ale reakcja publiczności pokazała, że się podobało. Nie zabrakło muzycznego mroku i chłodu, ale był też obecny duch piękna i melancholii. Ponoć na kolejnej płycie Myrkur usłyszymy mroczny, akustyczny folk. Nie mogę się doczekać!

Zdjęcia: Marcin Fiń

Gwiazdą wieczoru byli Islandczycy z Sólstafir. I jak na gwiazdę przystało zagrali dłużej od pozostałych, mieli najładniejsze światła, bardzo dobre brzmienie, doskonały kontakt z publicznością, a fani zgotowali im najgłośniejszy aplauz. Nawet chwilowe problemy z mikrofonem nie zniszczyły atmosfery tego świetnego występu. Chyba też nikt nie przejmował się pierdołami powtarzanymi przez szukających dziury w całym. No wiecie, że zespół ma średnio oryginalną prezencję (bo te brody i kapelusze), a na ostatniej płycie próbują być Budką Suflera… To był drugi koncert tej grupy, który widziałem w tym roku. Poprzedni mnie zachwycił, ten również pozostawił wrażenia jak najbardziej pozytywne. Śpiewający w ten charakterystyczny dla siebie sposób wokalista zespołu, Aðalbjörn „Addi” Tryggvason, znów stawał na barierkach, by być jak najbliżej publiczności, pożyczył na chwilę czapkę od jednej z fanek, sięgał po smartfony ludzi zebranych pod sceną i robił zdjęcia, a gdy przyszedł właściwy moment, jeden z utworów poprzedził monologiem na temat depresji, uzależnień, problemów, które mogą doprowadzić nas i naszych przyjaciół do smutnego końca. Zauważył też jak bardzo ważna w takich przypadkach jest rozmowa z drugim człowiekiem. W Warszawie te słowa pojawiły się przed wykonaniem utworu „Necrologue”, w Krakowie były zapowiedzią piosenki „Bláfjall”. Zresztą właśnie ten finał, w którym usłyszeliśmy wspomnianą kompozycję oraz fantastyczne „Goddess of the Ages”, był tak bardzo przepełniony emocjami i tą dzikością (żywiołowość klawiszowca niesamowita!), która w połączeniu ze świetnymi melodiami robi tak wielkie wrażenie, że nawet tylko dla tych ostatnich kilkunastu minut warto było pojawić się w Krakowie. Ale też chyba nikt nie narzekał na to, że muzycy w zestawie piosenek umieścili m.in. „Silfur-Refur”, „Ótta”, „Ísafold”… Świetny koncert, który sprawił, że nabrałem ochoty na kolejny występ Sólstafir w naszym kraju!

Takie muzyczne wieczory uwielbiam. Wykonawcy stawiający na dźwiękową różnorodność, ale jednocześnie posiadający pewną wspólną cechę, która sprawia, że potrafią swoją twórczością połączyć fanów kilku różnych gatunków muzycznych. Dla mnie było to fantastyczne zakończenie ostatnich 12 miesięcy. 2017 rok pod względem koncertowym był doskonały. Kolejny zapowiada się równie ciekawie.