Slaughterer – The Conjuror of Realities (2017)

A co to, Slaughter się reaktywował? Ale logo jakieś inne… A nie, zaraz, to Slaughterer. No dobra, zobaczymy co tam panowie nawyprawiali. To moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem, który swoją historię pisze od czterech lat. Kwartet pochodzi z Niemiec i na swoim koncie ma dwie demówki oraz debiutancki album, który większego rozgłosu nie uzyskał. „The Conjuror of Realities” to ich drugi longlpay i pewnie gdyby nie Via Nocturna też bym o nim nie usłyszał. W thrashu nie siedzę za mocno i jeśli ktoś mi czegoś nie podsunie pod nos raczej sam z siebie grzebał nie będę. Tymczasem z drugim albumem naszych sąsiadów na prawdę ciężkiej przeprawy nie miałem. Siadł mi praktycznie od pierwszego odsłuchu i całkiem miło łoił sobie od kilku dni w głośnikach. Może to dlatego, że w muzyce tych panów przebija się zdecydowanie wyraźniej śmierć metal aniżeli thrash, chociaż słychać, że wywarł on dużą rolę w muzycznej edukacji Slaughterer. Podoba mi się brudne brzmienie tego krążka. Ciężki, masywny bas, który doskonale spełnia tutaj swoją rolę. Agresywny i piwniczny charakter tej płyty tylko dodaje jej uroku. Slaughterer przypomina jak powinno grać się mocarny, bezkompromisowy thrash/death i robi to dobrze. Kawałki krótkie, skondensowane i wyprane z niepotrzebnych zapychaczy – sama esencja. Nie spodziewajcie się fajerwerków i szukania nowych rozwiązań – panowie stawiają zdecydowanie na klasyczne patenty i słychać, że sprawia im to frajdę. 10 kawałków i nieco ponad dwa kwadranse szybkiego i pięknego w swojej prostocie grania. Jeśli macie ochotę na niewymagający, dobrze zagrany metal „The Conjuror of Realities” może okazać się dobrym strzałem, tak po prostu.