SLASH. W jamie węża

Na dwa dni przed koncertem Guns N’ Roses w Chorzowie otrzymałem do recenzji nową biografię mojego ulubionego gitarzysty. 246 stron. Pomyślałem, że pójdzie szybko i się nie myliłem, choć muszę przyznać, że po zaznajomieniu się z kilkoma detalami odłożyłem książkę na półkę. Poczucie obowiązku kazało mi jednak do niej wrócić. Nie bez znaczenia były także upomnienia Szefa nad szefami! Mam taki nawyk, że zanim zabiorę się do czytania, oglądam wkładkę ze zdjęciami (jeśli taka jest), rzucam okiem na oryginalny tytuł, tytuły poszczególnych rozdziałów… Gdy to zrobiłem, zapaliła się w głowie ostrzegawcza lampka. „Slash. Surviving Guns N’ Roses, Velvet Revolver & Rock’s Snake Pit”. Czy ja już tej książki wcześniej nie czytałem? Omiotłem spojrzeniem bałagan na półce z książkami i płytami, otworzyłem szafę, wewnątrz której leży stos płyt i książek, przyniosłem drabinkę, wszedłem po tej drabince, rzuciłem okiem na płyty i książki, którymi zasypałem też górną część szafy… „Boże, ile kurzu!”. Ta myśl prześladuje mnie do dziś. Szukałem, przewróciłem wszystko do góry nogami, część książek z tej szafy wypadła z wielkim hukiem. Gdybym miał kotka, myszki oraz pieska, to już bym ich nie miał, bo zostałyby zmiażdżone stosem opowieści o narkomanach i alkoholikach. Nagle mój wzrok przykuła kiepsko wydana książka (wyd. Anakonda. Czy oni jeszcze istnieją?). JEST! Ona tam leżała, wciśnięta w kąt szafy. Na najwyższej półce. Pokryta pajęczyną zapomnienia. Leżała i czekała na ten moment. Ma inną okładkę (brzydszą), ma inny tytuł (Slash. Rockowy dom wariatów), ale jak się okazało, to książka o prawie tej samej treści i tym samym tłumaczeniu.

Wydawnictwo In Rock zadbało o to, by nowa wersja wyglądała ładniej. Nadano też jej nowy tytuł. Z jakich przyczyn? Nie wiem. Choć oprawa jest miękka, to zdobi ją świetne zdjęcie bohatera opowieści, całość jest wydana na lepszym papierze, dorzucone zostało także posłowie, którego autorem jest Robert Filipowski. Dzięki temu ostatniemu zabiegowi książka jest aktualna na tyle, na ile było to możliwe. Posłowie zatytułowane „Apetyt na rekonstrukcję” kończy się na marcu 2018 roku. Niestety, jest ono potraktowane tak jak pozostała część „W jamie węża”, czyli bardzo skrótowo. Na kilkunastu stronach polski autor przedstawił wydarzenia z ostatniej dekady: premiera drugiego albumu Velvet Revolver, rozpad zespołu, premiera „Chinese Democracy”, solowa płyta Slasha, dwa albumy pod szyldem Slash feat. Myles Kennedy & The Conspirators, powrót Slasha i Duffa do GN’R… Ach, jest też „wątek Dodowy”!

Gdzieś w naszym limiterowym archiwum znajdziecie recenzję poprzedniego wydania tej opowieści. Pamiętam, że „Rockowy dom wariatów” nie zrobił na mnie większego wrażenia. Posiadam na półce autobiografię Slasha, biografię GN’R, dwa świetne numery „Classic Rock”, które w całości były poświęcone gitarzyście, i przy tym wszystkim książka Paula Stenninga jest rzeczą, dzięki której nie odkryłem zbyt wielu nowych historii (jeśli odkryłem jakiekolwiek), no dobra, rozdział „Czy wiecie, że…?” uświadomił mi, że gość miał kiedyś w domu 12 kotów, 180 węży, kilka razy chciał zgolić włosy, bo było mu ekstremalnie gorąco… Czytając ją znów, tym razem pod nowym polskim tytułem, cały czas odnoszę wrażenie, że jest napisana skrótowo, bez wchodzenia w szczegóły i rozbudowania pewnych wątków, bez wykonania tej detektywistycznej pracy, która cechuje dobrze napisane biografie. Przy lekturze nie opuszcza mnie myśl, że autor gdzieś się spieszy, zbyt szybko przedstawia kolejne przygody naszego bohatera i jego kompanów, za to bardziej skupia się na opisywaniu poszczególnych piosenek…

Rockandrollowa rodzina, spędzanie czasu od najmłodszych lat wśród ludzi z branży muzycznej („Slash” – tę ksywę nadał młodemu Hudsonowi Ron Wood), pierwsza gitara od babci. Miała tylko jedną strunę. Gitara. Nie babcia… Nie czarujmy się, każdy szanujący się fan Saula Hudsona zna te historie na pamięć. Skrótowo ukazana droga od dzieciaka do chwil, gdy muzyk odnosił największe sukcesy i stał się doskonale rozpoznawalną ikoną rocka. Odnosi te sukcesy nadal. Blisko 500 milionów dolarów – tyle zarobiła trasa zreformowanych GN’R. „Slash dla początkujących” – taki podtytuł powinna mieć ta książka. Uważałem tak pięć lat temu. Dziś nic w tym temacie się nie zmieniło. Czy w dzisiejszym zalewie nowości wydawniczych i nieograniczonym dostępie do informacji „W jamie węża” jest nam potrzebne do szczęścia? Ja wybieram coś innego, choć jednocześnie zdaję sobie sprawę z tego, że z niektórymi fanami jest tak, że muszą mieć wszystko to, na czym znajduje się wizerunek/imię/pseudonim/nazwa ich ulubieńców. W takim wypadku moja pisanina i opinia, pozytywna lub nie, jest i tak stratą czasu.