Slash featuring Myles Kennedy and The Conspirators – Living The Dream (2018)

Ponoć dla niektórych Slash jest zbyt mało gitarowym tematem. Cóż, życie… Dla nas jednak jest to temat wystarczająco gitarowy, więc skreślimy kilka słów o nowej płycie legendarnego gitarzysty. Przyznaję, że do dziś czuję jeszcze jakiś niesmak po chorzowskim koncercie Guns N’ Roses, ale Slash cały czas jest moim gitarowym ulubieńcem i najzwyczajniej w świecie cieszy mnie kolejna porcja muzyki (nawet jeśli nie jest to kandydat do płyty roku) podpisana jego imieniem. Ksywą… Nieistotne.

Living The Dream jest już trzecią płytą studyjną, która ukazała się pod szyldem Slash featuring Myles Kennedy and The Conspirators. Dla jednych z tej płyty nic nie wynika, dla innych, w tym dla mnie, jest to album, który udowadnia, że gitarzysta nadal ma łapę do grania znakomitych solówek, pisania dobrych riffów, na których zbudowane są dobre piosenki. Oczywiście, nie próbuję wmawiać nikomu, że mamy tu do czynienia z jakąś rewelacją czy rewolucją, czymś, czego jeszcze w tej muzyce nie było, nie zostało zagrane do tej pory. Jeśli nie rusza cię ten styl, nie przepadasz za głosem Kennedy’ego, to nie masz tu czego szukać. Natomiast fani powinni być zadowoleni. Styl wypracowany przez lata, charakterystyczne brzmienie, niezłe melodie, ognisty rock and roll – to wszystko tu jest. Całość zredukowana do podstawowego instrumentarium, bez gościnnych występów chórzystek, sekcji dętych i smyczkowych, orkiestr, kilku zestawów instrumentów klawiszowych. Piosenki, które zamykają się w przedziale czasowym od trzech do sześciu minut, bez tych wszystkich dziesięciominutowych kolosów, w których w pewnym momencie zaczął się lubować wokalista Gunsów… Zero stadionowych refrenów, choć przyznaję, że trzy ballady mogłyby zostać uszczuplone o jedną propozycję… Najważniejsze, że całości słucha się dobrze. Przyznaję, że po pierwszym przesłuchaniu nic mi w głowie z tych utworów nie zostało, ale kto wydaje ostateczny werdykt po jednokrotnej konfrontacji z 52 minutami muzyki? Tym bardziej że codziennie jesteśmy „atakowani” kolejnymi premierami płytowymi niemal z każdej strony… Gwarantuję, że po kilku dniach spędzonych z Living The Dream każdy fan Slasha i Myles’a znajdzie tu coś dla siebie. The Call of the Wild (z charakterystycznym dla GN’R wolniejszym fragmentem w połowie numeru), My Antidote (wyłapaliście ten riff przywołujący na myśl You Could Be Mine?), rozpędzony i pełną gębą rockandrollowy Mind Your Manners (pod którym mógłby podpisać się Motörhead z okresu płyty 1916), niezwykle chwytliwy Slow Grind czy zamykający całość, doskonale zaśpiewany Boulevard of Broken Hearts – to wszystko są utwory, które sprawiają, że ja tym kolesiom nadal ufam. Ten materiał jest zestawem bezpretensjonalnych piosenek, fakt, stworzonych przez człowieka, który ze swoim macierzystym zespołem zagrał niedawno trasę bijącą rekordy sprzedaży… Tam są miliony i głośna przeszłość, tu jest chęć tworzenia prostych i bezpośrednich kompozycji, z czystej frajdy i chęci grania.

OK, przyznam to jeszcze raz: nikt tu Ameryki nie odkrywa, ale czy po kolejne płyty AC/DC lub Motörhead sięgaliśmy, bo oczekiwaliśmy za każdym razem czegoś innego? Czy może raczej z tego powodu, że w ich muzyce pociągała nas stałość i ta pewność, że w obrębie kilku doskonale znanych patentów znów dostaniemy garść utworów, które poprawią nam samopoczucie?