Saltus – Jam jest Samon! (2017)

Kiedy w czerwcu pisałem recenzję epki Saltus, zakończyłem ją słowami „szkoda byłoby gdybyśmy nie usłyszeli niebawem pełnego materiału, bo forma sprzyja, a pomysłów, jak słychać, nie brakuje”. Długo jak widać nie musiałem czekać i już od kilkunastu dni mocno zasłuchuję się w pełniaku „Jam jest Samon!”. Album mimo wyraźnych i oczywistych podobieństw do materiału z „Opowieści z Przeszłości” jest mimo wszystko bardziej ekstremalny, agresywniejszy. Całość stanowi oczywiście koncept kręcący się wokół, jak można się łatwo domyśleć, postaci Samona, założyciela najstarszego państwa zachodniosłowiańskiego. Tematyka, którą łatwo sobie wyobrazić, patrząc na poprzednie dokonania zespołu nie jest jednak jedynym spoiwem tego wydawnictwa. Kawałki nawet pozbawione tekstów sprawiają wrażenie bardzo dobrze skomponowanych i stanowią spójną całość. Wokal utrzymany został w mocno podniosłym tonie, próżno tu szukać typowego dla black metalu skrzeku czy wrzasku. Teksty mimo, iż bazujące na historii, pozbawione zostały encyklopedycznego charakteru i dają się poznać bardziej jako wciągająca powieść niż suche fakty. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim charakter tej płyty przypadnie do gustu – jednym nie spodoba się tematyka, która wyda się błaha i śmieszna, drudzy uznają ten materiał za zbyt pompatyczny. Odpalając nowy krążek Saltus doskonale wiedziałem jednak czego się spodziewać i dostałem bardzo dobrą płytę, którą zapowiadała już poprzednia epka. Całość jawi się jako bardzo intensywne i potrafiące wkręcić słuchacza granie. Mimo dużego natłoku treści płyta nie męczy, a ciekawostki w postaci skrzypiec czy lekkich damskich wokali wykorzystanych w formie tła dodają tylko charakteru i klimatu utworom. Jeśli do tej pory nie mogliście przekonać się do Saltus to najnowsze wydawnictwo nic w waszym postrzeganiu tej kapeli nie zmieni. Jeśli jednak siedzi wam ta tematyka i dotychczasowe poczynienia kapeli to bez wahania powinniście sięgnąć po „Jam jest Samon!”.