Rotengeist – The Test That Divides Us All (2017)

Lepiej późno niż wcale, prawda? Ta płyta ukazała się w czerwcu ubiegłego roku. Ale z muzyką, podobnie jak z filmem, jest tak, że jeśli jest dobra, to się nie starzeje. Trzeci album Rotengeist na pewno się przez ten czas nie zestarzał, dlatego z chęcią przypominamy wam o tym wydawnictwie. Czy mamy tu do czynienia z tak zwaną magią trzeciej płyty? W kontekście zespołu, myślę, że tak. W kontekście gatunku? Niekoniecznie. Nie czarujmy się, najlepsze trzecie płyty w historii metalu zostały nagrane dawno temu. Ale „The Test That Divides Us All” nie musi być drugim „Reign In Blood” lub “Master Of Puppets”, by poświęcić mu kilka chwil cennego czasu, który dziś, przy tym całym zalewie nowych tytułów, jest na wagę złota.

Przemyscy metalowcy na swojej ostatniej, jak do tej pory, płycie udowodnili, że nie w głowie im muzyczne kompromisy i robienie kariery za wszelką cenę. Ekipa Piotrka Winiarskiego gra metal, który trafia do zwolenników bardziej technicznego podejścia do materii muzycznej, ale też i do tych, którzy nie mają problemu z bezpośrednim i prostszym uderzeniem. Na „The Test That Divides Us All” dzikość i technika idą w parze. Takie właśnie utwory sąsiadują ze sobą na tym wydawnictwie i to połączenie jest bardzo ekscytujące. Czasem nawet w obrębie jednej piosenki. Odnajdujemy tu klasowo zagrany thrash metal, wyważone elementy death metalu (głównie gościnne wokale, za które odpowiada Marcin Dyvan Pitorak, choć nie tylko one), ciekawe rozwiązania aranżacyjne i pewien rodzaj mroku, który zagościł w twórczości zespołu. Ten ostatni składnik, myślę, że nie jest tylko kwestią akordów wplecionych w poszczególne struktury utworów, ale także brzmienia uzyskanego w rzeszowskim Torowa Studio. Niewiele ponad pół godziny muzyki, umiar w partiach solowych, choć lider mógłby nagrać pewnie i sto doskonale brzmiących solówek, to jednak chłop doskonale rozumie, że czasem po prostu lepiej zagrać mniej niż zanudzić słuchacza milionem dźwięków. O punkowych wpływach też należy wspomnieć. Fakt, nie jest to żadnym novum dla przemyskiej ekipy. Raz, że grupa na koncertach do niedawna sięgała po utwór „Defekt Muzgó”, dwa, na albumie panowie (i gościnnie pani – Dominika Kobiałka) zarejestrowali „Gest Idoli” z repertuaru formacji Karcer. I w żaden sposób się to ze sobą nie gryzie, wprowadza za to świetne urozmaicenie na płycie, na której tytułowy utwór, szczególnie jego druga część, zbudowany jest z najbrutalniejszych elementów metalowej układanki; „Pray, Hate… Fight!” zaraża przebojowością, a w końcówce miażdży deathmetalowym ciężarem; „New Direction” w bezkompromisowy sposób atakuje szybkością i ciężarem wolniejszych partii; a otwierający całą stawkę „Butcher’s Bill” uderza słuchacza posępnym wstępem, marszowym rytmem, świetnymi riffami, agresją, również tą w partiach wokalnych, i doskonałą solówką, za którą odpowiada Marek Pająk (Vader, Esqarial). Do tego dodajmy ciekawą okładkę, sugestywne grafiki w książeczce – te elementy naprowadzą nas na tematy, którymi w tekstach zajmuje się Rotengeist.

Czy ten materiał wskazuje kierunek, w którym na następnych płytach uda się zespół? Trudno powiedzieć. Być może muzycy zaczną eksperymentować z elektroniką, być może w większym stopniu grupa będzie korzystać z głosu, którym natura obdarzyła płeć piękną… Jedno jest pewne: warto śledzić losy tej formacji, bo nawet jeśli nie są pierwszą ligą w polskim metalu, to mają do zaproponowania ciekawe i wciągające dźwięki, a świadomość i dojrzałość muzyczna z każdym kolejnym wydawnictwem jest coraz większa.