Reinfection – They Die For Nothing (2018)

Tym razem dzięki Deformeathing Production wyruszamy w podróż do jedynego w swoim rodzaju roku 1999, kiedy to wypłaty były trzycyfrowe, kasety były w sile wieku, a na jedną grę można było wywalić nawet ćwierć miesięcznej pensji, no i oczywiście bardzo dobrze miewał się polski metal. Reinfection wypuściło wtedy swój pierwszy i ostatni długograj o słodkiej nazwie „The Die For Nothing”. Chłopaki zaraz obok kapeli Damnable byli ówczesną dumą małego miasta znanego jako Przysucha. Pytanie jaki mi się nasunęło podczas odsłuchu tej reedycji to: „Czy po tych 18 latach od premiery robi to robotę?”. Prosta odpowiedź przyszła bardzo szybko i brzmi ona „tak, jak najbardziej”, bo jest to materiał zagrany według wszelkich gatunkowych prawideł i spokojnie można go wpisać na listę solidnego rzemiosła tamtego okresu. Brzmi to na tyle dobrze, że nie poddano tych 10 kawałków żadnemu remasteringowi i możemy się nimi nacierać w ich pierwotnej formie. A jest to forma soczysta i w żadnej mierze nie odpycha współczesnego słuchacza, przez którego rozumiem co prawda samego siebie, ale coś mi mówi, że żaden zjadacz brutalnej mielonki nie narzekałby mając ten materiał w swojej biblioteczce. Sprawdza się on nie tylko jaka historyczna ciekawostka, ale także jako materiał do szczerego „indżojowania”. Dostajemy szybki, brutalny łomot zwieńczony dwoma wokalami, niedźwiedzim i skrzeczącym, w tym jakieś drobne zabawy tempem, zero litości dla stopy i werbla, riffy grube i bezlitosne, a jeśli mnie ucho nie myli, to i solówkę się zdarzy wyłapać. Jednym słowem zabawa dla całej rodziny. I już nawet pies trącał to, że jest to jedna z tysięcy okładek z czachami, inwencja pod tym względem minimalna, ale dla samej muzyczki na pewno warto czasem odpalić. Jak już wspomniałem, jest to nagranie historyczne, ze znakiem jakości „Wołoszański poleca”, toteż konkludujemy wycieczkę bez oceny końcowej.