Prophets Of Rage – The Party’s Over (2016)

W niebezpiecznych czasach istnieje zapotrzebowanie na niebezpieczne piosenki. Między innymi takie słowa można odnaleźć na oficjalnej stronie internetowej zespołu. Co do tego, że czasy są niebezpieczne, nie mam żadnych wątpliwości, ale czy Prophets Of Rage proponują nam niebezpieczne piosenki? Albo inaczej: czy są w stanie nagrać dużą płytę, wypełnioną premierowymi piosenkami, które sprawią, że im po prostu uwierzymy? Nie potrafię do końca odpowiedzieć na to pytanie. Dlaczego? Powód jest prosty: „The Party’s Over” to dwudziestominutowa EP, która zawiera tylko pięć piosenek (dwie studyjne, za których produkcję odpowiada Brendan O’Brein, i trzy koncertowe), w dodatku część z nich jest nam raczej znana. Jak tak naprawdę w tej chwili wygląda poziom wkurwienia u tych niemłodych już facetów? Zastanawiacie się nad tym? Inną kwestią jest też fakt, że muzyka zawsze była dla mnie przede wszystkim rozrywką. Nie za bardzo wierzyłem w ten cały bunt, a gdy jeszcze okazywało się, że buntownicy na niepokojach społecznych koszą niezłą kasę, to nawet resztki tej wiary gdzieś tam ulatywały… Pewnie to mój problem, ale z drugiej strony to rozrywkowe podejście jest, moim zdaniem, po prostu zdrowsze. Nie chce mi się myśleć o tym, czy oni tak dla kasy, czy to sprawa ideologiczna, polityczna, czy jakakolwiek inna. Ważne, że nieźle się tego słucha, ale żeby być precyzyjnym, to sami muzycy twierdzą, że ten zespół ma być odpowiedzią m.in. na to, co dzieje się w temacie wyborów prezydenckich, w Stanach Zjednoczonych… No tak, nie napisałem nic o muzyce… To może w ten sposób: Prophets Of Rage to grupa, w której składzie odnajdziecie muzyków Rage Against The Machine i Audioslave (Commerford, Morello, Wilk), Public Enemy (Chuck D, DJ Lord) i Cypress Hill (B Real). Teraz jesteście już chyba w stanie sobie wyobrazić, jak to brzmi. Tak jak RATM, tylko że z innym wokalem? Coś koło tego. Zajebista sekcja rytmiczna, charakterystyczny styl Morello, który oprócz dobrych mięsistych riffów bez problemu gra przykuwające uwagę solówki (szczególnie w utworach koncertowych) i do tego rapowane wokale wspomnianych wyżej dżentelmenów. Nie ma tu żadnej rewolucji. Rewelacji też nie. To nie te czasy, gdy połączenie rapu z ciężkim rockiem było czymś odkrywczym, szokującym, nowoczesnym. Muzycy na tej płycie sięgają do przeszłości. „Killing In The Name” (RATM), „Shut Em Down” (Cypress Hill, choć zdaje się, że Public Enemy też mieli tak zatytułowany kawałek…), „No Sleep Til Cleveland„, który jest przeróbką „No Sleep Till Brooklyn” z repertuaru Beastie Boys, „Prophets Of Rage” (Public Enemy)… Jedni powiedzą, że to bezczelność, inni, że brak pomysłów… Poczekajmy na cały album z premierowym materiałem, bo tytułowy utwór z tej płytki, choć dobry, to trzęsieniem ziemi raczej nie jest.

Jak już wspomniałem, słucha się nieźle. Krótki czas trwania i nośność tych piosenek zwolenników takiego grania nie powinny znużyć. Sprawdziłem na sobie. Jak już zapętlimy tę płytę, to można poskakać do tego rytmu, ugotować zupę, posprzątać mieszkanie, poćwiczyć, ale żeby od razu zastanawiać się nad przyszłością narodu i losami świata? Nawet wtedy, gdy powtarzam słowa „Fuck you, I won’t do what you tell me”, wiem, że ci, tam na scenie w Hollywood Palladium, i ja, tu w tym bloku na polskim osiedlu, żyjemy zupełnie innym życiem. I nawet jeśli przytrafi nam się podobny problem, to po nich pewnie podjedzie za chwilę limuzyna, a ja wskoczę na rower i po cichu będę liczyć na to, że nie rozjedzie mnie na drodze jakaś ciężarówka. Moment… Przecież ja jeżdżę na stacjonarnym. Szczęściarz ze mnie!