PROG IN PARK (Warszawa, Park Sowińskiego, 20.08.2017)

Za nami pierwsza edycja, i mam nadzieję, że nie ostatnia, festiwalu PROG IN PARK. Jej główną gwiazdą była szwedzka formacja Opeth, która zagrała doskonały koncert. Koncert wybitny praktycznie pod każdym względem. Poziom wykonawczy, światło, nagłośnienie (celowo zaznaczam, że byłem na trybunach, bo nie wiem, jak odbieraliście dźwięk w innych miejscach), charyzma, luz i poczucie humoru lidera – to wszystko stało na najwyższym poziomie. Szef Opeth, Mikael Åkerfeldt, nie tylko świetnie śpiewał i grał na gitarze, to człowiek, który wzorowo poprowadził cały występ swojego zespołu. Między utworami sięgał po anegdoty, żartował, odpowiadał na „zaczepki” publiczności. „To jest festiwal Prog In Park. O nas mówi się, że jesteśmy zespołem progresywnym, ale jesteśmy też zespołem metalowym” – spora część publiczności czekała właśnie na to metalowe oblicze grupy. I były chwile, gdy olbrzymi ciężar wylewał się na nas z głośników. Brzmienie gitar i perkusji było po prostu potężne, masywne, ciężkie. Nie zgubiła się w tym wszystkim selektywność i to sprawiło, że słuchanie poszczególnych kompozycji było najprawdziwszą przyjemnością. Zarówno tych spokojniejszych i pochodzących z przeszłości (In My Time Of Need z płyty Damnation), tych najnowszych (Sorceress i The Wilde Flowers z ostatniego albumu) i tych brutalnych, które powstały w drugiej połowie lat 90. ubiegłego stulecia (Demon Of The Fall z krążka My Arms, Your Hearse). Wszystko było poukładane i zostało zagrane z największą precyzją i starannością. Dziewięćdziesięciominutowy koncert, a przynajmniej jego część, mógł nie spodobać się tylko tym, którzy mają problem z naprawdę ciężkim brzmieniem gitar i deathmetalowym rykiem wokalisty. Kilka pań w pewnym momencie uciekło… No cóż, PROG IN PARK ma stawiać na różne odcienie muzyki progresywnej i niekoniecznie muszą się tam pojawiać tylko i wyłącznie artyści prog-rockowi. Taki zamysł miał szef Knock Out Productions i mam nadzieję, że będzie się tego trzymać w przyszłości.

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

Łagodniejsze oblicze muzyki progresywnej, co przecież nie oznacza, że fani ułożyli się do snu, zaprezentowała warszawska formacja Riverside. To było widać i słychać, że licznie zgromadzona publiczność ich uwielbia. Dzień wcześniej widziałem grupę na koncercie w Cieszanowie. Bez zbędnego rozpisywania się podkreślę, że te dwa festiwalowe występy potwierdziły klasę i pozycję zespołu. Profesjonalizm, koncertowe doświadczenie – tu nie ma miejsca na wpadki. W Parku Sowińskiego usłyszeliśmy m.in. „#Addicted”, „Second Life Syndrome”, „The Depth Of Self-Delusion”, „Saturate Me”… Czysta przyjemność słuchania. Znakomita muzyka i świetny głos Mariusza Dudy. Wszyscy wiemy, że grupę dotknęła w pewnym momencie wielka tragedia, ale budujące jest to, że postanowili kontynuować karierę i grają tak dobre koncerty.

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

Znajomy kiedyś stwierdził, że muzyka progresywna kojarzy mu się z muzycznymi dżentelmenami. Z ludźmi, którzy wychodzą na scenę i są takimi muzycznymi profesorami, którzy idealnie odgrywają każdą nutę i w pięknych słowach zwracają się do publiczności. Już pierwszy zespół tego festiwalu, mam na myśli Lion Shepherd, przywitał nas słowami „Dzień dobry Państwu”… Na koncertach, na które jeżdżę najczęściej, słyszę inne określenia, a tu takie wyróżnienie… Dlaczego ja w ogóle o tym? Bo w muzyce szukam przede wszystkim emocji, jakiejś nie do końca kontrolowanej siły, czegoś dzikiego i nieokiełznanego. Nie tylko na poziomie dźwięków (i nie muszą być one specjalnie trudne pod względem technicznym), ale też i atmosfery, spektaklu… I choć dałbym się pociąć za to, czego byłem świadkiem przy występie Opeth, to największe wrażenie i spustoszenie w moim sercu (którego ponoć nie mam) i mojej duszy (która ponoć nie istnieje) zrobiła islandzka grupa Sólstafir. Sześćdziesiąt minut emocji. Czterech gości, jakby z zupełnie innego świata, magia, melancholia, smutek, ale też i wściekłość i ta dzikość, o której wspominałem przed chwilą. Zachwyt w stu procentach. Ta muzyka mnie zahipnotyzowała. Zarówno te spokojne, pojedyncze nuty, jak i ten dźwiękowy huragan, który pojawia się w kompozycji Goddess Of The Ages. Był też taki szczególny moment przed utworem Necrologue, w którym wokalista zespołu, Aðalbjörn Tryggvason, wygłosił kilka słów na temat uzależnień od alkoholu, narkotyków, o depresji, o stracie przyjaciela… Często w takich przypadkach człowiek sobie myśli, że to tylko zwykłe gadanie gwiazdy rocka, ale tu z tych słów biła tak cholernie wielka szczerość i autentyzm, że w połączeniu z muzyką niejednemu mogła łza się w oku zakręcić. I to są m.in. właśnie te emocje. A jak sobie jeszcze do tego dodam kompozycje Silfur-Refur, Fjara i Ótta, to już w ogóle czuję pełnię muzycznego szczęścia. Słyszałem, że zespół miał jakieś problemy z połączeniem lotniczym i pojawił się w Warszawie na kilka godzin przed swoim koncertem. Nie wiem, ile w tym prawdy, ale faktycznie przerwa między występami poszczególnych zespołów w tym przypadku była najdłuższa, bo aż czterdziestominutowa, i została wykorzystana przez islandzkich muzyków na pełną próbę dźwięku.

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

Festiwal otworzyły krótsze w porównaniu z pozostałymi wykonawcami występy polskich grup. Lion Shepherd – zabrzmiał bardzo dobrze. Ładnie wyeksponowany głos wokalisty i partie gitary solowej. Grupa promuje obecnie swoją nową płytę, zatytułowaną Heat. Usłyszeliśmy z niej m.in. kompozycję tytułową. Po nich na scenie pojawili się bardziej znani publiczności muzycy Blindead. Szkoda, że z trochę gorszym brzmieniem od poprzedników. Na pewno było głośniej, ale muszę przyznać, że ostatni koncert zespołu w Krośnie zrobił na mnie zdecydowanie większe wrażenie.

Zdjęcia: Łukasz „Luxus” Marciniak

PROG IN PARK przeszedł do historii. Czekam na drugą edycję i jak najbardziej niech odbędzie się ona w Parku Sowińskiego. To naprawdę dobre miejsce na koncerty. Biorąc pod uwagę fakt, że cała widownia jest zadaszona, deszcz może się lać z nieba ulewnym strumieniem i nikogo to nie przerazi. A swoją drogą, niedzielna aura, jak najbardziej deszczowa, znakomicie pasowała do dźwięków prezentowanych przez poszczególne zespoły.