Planet Hell – Mission One (2016)

Dziennik pokładowy. Dzień 02.11.2016. Pierwsze zetknięcie z muzyką Planet Hell. Nie bardzo wiedziałem czego się spodziewać kiedy wkładałem płytę do odtwarzacza. Trochę obawiałem się tej całej kosmicznej otoczki rodem z filmów Sci-Fi. Z jednej strony jak byk napisane, że zespół gra techniczny death metal, z drugiej jednak dopisek „progresywny” i kosmiczne syntezatory, laserki i sztuczny syf z tyłu głowy. Minął pierwszy kawałek, a ja odetchnąłem z ulgą. Ale od początku.

Planet Hell to zespół, za którego sterami stoi Przemysław Latacz, którego kojarzyć możecie głównie z The No-Mads. Postanowił on stworzyć zespół, w którym będzie w stanie połączyć swoje największe inspiracje jak np. Immolation, Voivod, Rush czy Porcupine Tree. Zaniepokoiły was te dwie ostatnie nazwy? Spokojnie, to zdecydowanie płyta death metalowa, pozbawiona jakichkolwiek elektronicznych dodatków. I nawet cover Rush został idealnie wkomponowany w autorskie kawałki katowickiej załogi. Progresywnosć tego materiału nie męczy. Nie jesteśmy zasypywani setkami riffów, milionem solówek, z których nic nie zostaje w głowie czy też przesadnymi połamańcami i matematycznymi rozwiązaniami. Jasne, panowie zdecydowanie wiedzą jak obsługiwać instrumenty, ale usilnego popisywania się swoim warsztatem tutaj nie uświadczymy. Podobnie jak i nudy, bo materiał mimo braku jakiś większych zaskoczeń po prostu świetnie sprawdza się jako całość. Dopełniają to wszystko teksty, które stanowią z kolei interpretacje twórczości Stanisława Lema. Na plus trzeba zaliczyć także wydanie tego materiału. Raczej sceptycznie podchodzę digipaków, digibooków i innych tego typu wynalazków, ale trzeba przyznać, że format digibooka A5, w połączeniu z wkładką stylizowaną na wspomniany we wstępie dziennik ma swój urok i świetnie pasuje do konceptu płyty. Do tego liryki zostały uzupełnione ilustracjami Daniela Mroza co dało wspaniały efekt.

Planet Hell nie owija w bawełnę. Jasno i konkretnie prezentuje swoją wizję chłodnego technicznego metalu śmierci, na każdym kroku podkreślając co było inspiracją do powstania „Mission One„. To materiał przemyślany od początku do końca, jednak udało się przy tym wszystkim nie zatracić luzu i uniknąć zbytniej oczywistości. Zwolennicy technicznego grania powinni sięgnąć po ten album bez zastanowienia.