Pig Destroyer – Head Cage (2018)

Niszczyciel Świn, kapela która przez lata bujała się bez basu, na najnowszej płycie sięga po przełom. Tak, jest już w składzie pan basowy, dodał odrobinę tłuszczu do tej i tak już ciężkiej masy. Dla mnie zawsze była to kapelka po którą można sięgnąć, sprawdzić co tam się dzieje w ich obozie, odłożyć i zapomnieć. Ichni szeroko pojęty grind nigdy mnie jakoś mocno nie porwał, ale żeby tradycji stało się zadość, to i Head Cage przygarniam ochoczo. Na zawarte tutaj pół godziny muzy przypada 11 mniejszych strzałów i dwunasty kończący, 7-minutowy „House of Snakes”, którego wstęp jest łudząco podobny do „Blackened” pewnego znanego kwartetu. Jak się szybko okazało, może to być jakiś punkt zwrotny w mojej przygodzie z Pig Destroyer, bo album ten odpowiada mi pod każdym względem. Solidne brzmienie, wspomniana budowa, utrzymane tempo, dużo bujających gitar, jednym słowem ta muza miażdży, a to jest moja definicja dobrej zabawy. Podobno jakiś typko odpowiada tutaj za syntezatorki i sample, ale ani przez moment nie zwróciłem uwagi na takie przeszkadzajki, więc pewnie chłopaki go trzymają tam, bo jest po prostu dobrym ziomkiem do piwka i przypalenia. Tak czy inaczej Head Cage spokojnie wpisuje na listę letniego dziedzictwa kulturowego 2018. To zdecydowanie jeden z jaśniejszych punktów w katalogu nowości jakie badałem w ostatnim kwartale. Chłopaków rozpiera energia i to się udziela, a rozruszać odbiorcę też trzeba umieć. Ze mną im się udało tym razem bez problemu. Posłuchajcie sobie co tam się dzieję na bębnach, tego jak miodnie współgrają one z gitarą i tym wkurwionym wokalem, to najkrótsza droga do tego by poczuć ten klimat i wciągnąć się w to bagno.