Paradise Lost, Pallbearer, Sinistro (Kraków, Kwadrat, 09.10.2017)

Wyjazdy na koncerty mogą być bardzo pożyteczne. Do tej pory nie wiedziałem, że istnieją Niepołomice – miasto takie. Teraz już wiem. Ale to ma być relacja z koncertu, a nie sprawozdanie z jazdy tam i z powrotem na odcinku Kraków – Niepołomice. Prawda?

W dniu koncertu dowiedzieliśmy się, że sprzedały się wszystkie bilety. I rzeczywiście krakowski Kwadrat pękał w szwach, ale dopiero tuż przed występem głównej gwiazdy wieczoru. Jako pierwsi na scenie zameldowali się muzycy portugalskiego Sinistro. Przyznaję, że przed koncertem nie odrobiłem zadania domowego, nie za bardzo wiedziałem, z czym mam do czynienia i przy jakich dźwiękach spędzę najbliższe trzydzieści minut. Miało to swoje dobre strony, bo występ Sinistro okazał się dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Biografia zespołu wspomina o gatunkach doom, post metal, soundtrack, dodaje do tego też ambientowe muśnięcia. Moim zdaniem największą siłą tej grupy jest wokalistka, Patricia Andrade. Jej sceniczne zachowanie miało w sobie wiele z aktorstwa. Mam na myśli ruchy, gesty, pozy. W trakcie występu kilka razy pomyślałem o festiwalu aktorskim. Uroda trochę zbliżona do Katarzyny Groniec i Renaty Przemyk, no przynajmniej z pewnej odległości. Oryginalny, jak na koncert metalowy, ubiór. Buty na wysokim obcasie, obcisłe czarne spodnie, elegancka bluzka. Żadne tam skóry, lateksy, żaboty, koronki, czarne suknie balowe czy ten cały gotycki badziew z przeźroczystymi firankami na czele. Dzięki temu nie czułem się jak na zlocie mrocznych metalówek. Wolne tempo utworów, ciężar masywnej ściany gitar i wybijającej prosty rytm perkusji, a do tego emocjonalny głos Andrade, która raz deklamowała, innym razem zawodziła jak upiorna zjawa (nazwę zespołu chyba należy tłumaczyć jako ZŁOWIESZCZY, to raczej wszystko się zgadza), ale też śpiewała spokojnym i opanowanym głosem. Na szczęście nie było w tym niczego z pseudooperowego stylu znanego z repertuaru innych dam śpiewających w metalowych bandach. Później sprawdziłem informacje na temat zespołu i okazało się, że Patricia jest aktorką teatralną. Na pierwszy rzut oka ta dziewczyna kompletnie nie pasowała do tego miejsca i do swoich kolegów z grupy, ale po kilku chwilach stwierdziłem, że w tym szaleństwie jest metoda. Mocna rzecz, ciekawa i wciągająca. Przy najbliższych zakupach płytowych już wiem, co dodam do koszyka.

(Zdjęcia: Marlena Darocha)

Następne czterdzieści pięć minut należało do amerykańskiej formacji Pallbearer. Więcej osób w klubie, więcej ruchu pod sceną, głośniejszy aplauz publiczności. To był dobry występ, widać było zaangażowanie i energię zespołu, choć przyznaję, że w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że jest odrobinę za głośno. Wiem, że może to oznaczać zbliżającą się starość, ale poczułem, że przyjemność, która powinna płynąć ze słuchania muzyki, zaczyna zmieniać się w zmęczenie z powodu zbyt dużego natężenia dźwięku. Ale ludziom to nie przeszkadzało w czerpaniu radości z piosenek w rodzaju „Thorns” lub „Fear and Fury”. Doom metal w wydaniu Pallbearer cieszy się sporą popularnością, trudno się dziwić, bo to naprawdę zawodowo brzmiący zespół, który wie, jak uwieść słuchacza melancholijną melodyką, przygniatającym ciężarem, przystępnością i chwytliwością.

(Zdjęcia: Marlena Darocha)

Czas na główną gwiazdę wieczoru. Paradise Lost widziałem ostatnio na festiwalu Metalmania. Dziesięć lat temu. Na krakowski występ wybrałem się skuszony jakością materiału, który znalazł się na ostatniej płycie zespołu. „Medusa” jest krążkiem ze wszech miar udanym i cieszy mnie fakt, że 9 października utwory z tego albumu zagościły w setliście koncertu angielskiej formacji. Jeśli dobrze pamiętam, było ich pięć. Usłyszeliśmy m.in. „From The Gallows”, „The Longest Winter”, „Blood & Chaos”… Całość mocarnie zabrzmiała, Nick Holmes w bardzo dobrej formie wokalnej. Jak wiemy, nie zawsze tak było. Nawet jeden ze znajomych się dziwił, że jadę na ten koncert i kilka razy powtarzał pytanie: „jedziesz na tego fałszującego chłopa?”. Pojechałem. I wróciłem bardzo zadowolony, choć wróciłem 40 minut później niż mogłem wrócić, bo Kraków, Niepołomice i znów Kraków i znów Niepołomice i… Ale ja nie o tym miałem… Patrząc na scenę, odniosłem wrażenie, że Paradise Lost jest zespołem, który przeżywa drugą młodość. Trudno się dziwić. Stoi za nimi dojrzałość, wielkie doświadczenie, mają w zanadrzu tak dobrą nową płytę, a fani jedzą im z ręki. Ale nie tylko nowymi piosenkami raczyli nas brytyjscy muzycy. Było kilka wycieczek w przeszłość. „Eternal” spotkał się z olbrzymią aprobatą publiczności, cieszyła nas także obecność „Embers Fire” (to nadal jedna z moich ulubionych kompozycji tego zespołu), „Remembrance” (zagrane jako drugie w kolejności), czy kończące całość „The Last Time”. Fani zgotowali grupie królewskie przyjęcie, pod sceną się kotłowało. Nawet polała się krew. Ale jak nos jest złamany, to krew lać się musi! Nick dziękował, ładnie się kłaniał zebranej publiczności, był prawdziwym dżentelmenem, a gdy w pewnym momencie powiedział, że jest dziś poniedziałkowy wieczór, a atmosfera taka, jakby była sobotnia noc, to mogło to oznaczać, że nie tylko słuchacze byli bardzo zadowoleni, ale też i ci, którzy dla tych słuchaczy grali. Do ulubionych momentów koncertu, który trwał 90 minut, dodam jeszcze świetne wykonanie „An Eternity of Lies”, doskonałe „Faith Divides Us – Death Unites Us”, w którym Nick gestami podkreślał we właściwym momencie słowo ŚMIERĆ, miażdżące „Beneath Broken Earth” i zagrane w części bisowej „No Hope In Sight”. Te utwory też są dowodem na to, że Paradise Lost to zespół, który nadal gra muzykę na wysokim poziomie, nie musi podpierać się hitami z przeszłości, żeby zrobić wrażenie na słuchaczach. Zaskakująco dobry koncert!

(Zdjęcia: Marlena Darocha)

A później wsiedliśmy do samochodu i śmiechu było co niemiara, a żartom nie było końca, bo trafiliśmy do Niepołomic, z których wróciliśmy się do Krakowa, a później znów były Niepołomice, a dalej był Kraków, a później Niepołomice… Nawet podczas sierpniowego urlopu nie miałem takiej wycieczki!