Organek (Rzeszów, Lukr, 17.03.2017)

W ciągu kilku miesięcy Organek zagrał drugi koncert w Rzeszowie, którym promował swoją ostatnią płytę, „Czarna Madonna”. Ponad stuminutowym występem udowodnił, że należy do ścisłej czołówki polskiego rocka. Tego w trochę młodszym wydaniu, oczywiście. I świeżego w brzmieniu, choć jednocześnie nawiązującego do klasycznych dla gatunku dokonań. Rock w wydaniu Organka jest gatunkiem bardzo pojemnym. Znajdujemy tu bluesa, elementy country, odniesienia do punk rocka, rock and rolla… I to wszystko usłyszeliśmy w piątkowy wieczór. Klub Lukr wypełnił się do ostatniego miejsca – dzień wcześniej pojawiła się informacja, że koncert został wyprzedany. Bez żadnego supportu całość rozpoczęła się o 21.30. Ci, którzy zebrali się bardziej po lewej stronie sceny, mogli nie tylko usłyszeć, ale też i obejrzeć doskonały teledysk, z Korą w roli głównej, do tytułowej piosenki z ostatniej płyty. Osoby znajdujące się po stronie prawej, w tym niżej podpisany, przede wszystkim mogły słuchać. Ekran był raczej poza zasięgiem wzroku. Ustawienie sceny w klubie, jak niektórzy mówią: „wciśnięcie jej w kąt”, nie jest chyba też najszczęśliwszym rozwiązaniem… Ale zostawmy narzekanie, bo sam koncert był bardzo udany. Znakomita setlista, energia, poczucie humoru, świetne wykonanie poszczególnych piosenek, improwizacje, bo przecież nie wszystkie utwory muszą być odgrywane jeden do jednego… To naprawdę podobało się publiczności, która bardzo żywiołowo reagowała na to, co działo się na scenie. Z radością obserwowałem muzyków zespołu. Widać, słychać i czuć ich dojrzałość, pewność siebie, znajomość tematu. Doskonale wiedzą, jak rozerwać i poderwać do szaleństwa swoich fanów. Raz, że posiadają umiejętności, a dwa, mają w zanadrzu kapitalne piosenki. Wybaczcie, ale trzeba być naprawdę starą, zgnuśniałą pierdołą, by nie dać porwać się utworom, typu „Kate Moss”, „Głupi ja”, „O, Matko!”, „Wiosna”, „HKDK”, „Ki Czort” (z pozdrowieniami dla Nergala), „Mississippi w ogniu” (najprawdziwszy przebój, a ta partia gitary w środku… Cudo!), „Rilke”… Na drugim biegunie są kompozycje bardziej nastrojowe, przy których można się pobujać, a nawet wzruszyć. Wiem, co mówię, bo widziałem. Młode dziewczęta piszczały, jedna płakała. Może przygnietli ją w tym tłumie, a może gdy słuchała „Ultimo” lub „Italiano”, przypomniał jej się jakiś sercowy dramat… Zachwycili mnie basista (stałem metr od niego) i perkusista. Taka sekcja rytmiczna to prawdziwy skarb! Żywiołowość, mocny dźwięk, współpraca. Aż miło było patrzeć i słuchać. A sam Organek? Urodzony lider! Dobrze wiedzieć, że jest na polskiej scenie człowiek, który naprawdę czuje rock and rolla. Tomek znakomicie śpiewał, wygrywał ogniste riffy, gdy na jakąś chwilę odłożył gitarę i zaczął tylko śpiewać, to odniosłem wrażenie, że podpylił kilka ruchów scenicznych Jaggerowi. Poza tym dyrygował publicznością, między utworami żartował, pił zdrowie fanów, a w pewnym momencie zaprosił na scenę Korę, co wywołało bardziej niż entuzjastyczną reakcję publiczności. Kora nie zaśpiewała, ale powiedziała kilka słów i przyjęła bukiet kwiatów. Dopiszmy sobie jeszcze do powyższego doskonałą improwizację w „King of the Parasites” i piękne wykonanie „Czarnej Madonny”. Bardzo dobry koncert!

Zdjęcia: Ilona Matuszewska