Obituary, Deserted Fear, Planet Hell (Kraków, Kwadrat, 30.07.2018)

To był gorący poniedziałek. Wakacje są. Lato jest, prawda? Na szczęście deszczowe, burzowe, ale też i upalne. Przynajmniej w ostatnim czasie. W krakowskim Kwadracie było też upalnie, chyba że ktoś stał niedaleko panów akustyków, to powodów do narzekania nie miał, tam i klimatyzacja działała i brzmienie było bardzo dobre. Ponoć koncert we Wrocławiu nie należał do siódmych cudów świata, przynajmniej tak twierdzi jeden ze znajomych. Narzekał na małą liczbę ludzi, kiepskie nagłośnienie, brak życia w występie Obituary. Można się pokusić o stwierdzenie, że niby jakiego życia można szukać w Nekrologu, c’nie? Ale w Krakowie raczej wszystko się zgadzało, choć tu również o powalającej frekwencji raczej mówić nie można. Nie czarujmy się, wysyp koncertów jest olbrzymi, główna gwiazda wieczoru kilka razy już u nas grała, w listopadzie zagra ponownie, tym razem w Łodzi, w ramach pożegnalnego koncertu Slayer… Trudno spodziewać się samych sold out’ów.

Zdjęcia: Marcin Fiń

Obituary przyjechali do nas z nowym perkusistą. Spokojnie, to chwilowe zastępstwo. Z informacji zamieszczonych na Facebooku można wywnioskować, że Donalda Tardy’ego pochłonęły sprawy prywatne, ale, znany z Mostrosity, Lee Harrison świetnie wpasował się w skład amerykańskiej ekipy, choć ponoć miał bardzo mało czasu na to, by przygotować się do tej części trasy. Może też i dlatego cały występ trwał stosunkowo krótko. Sześćdziesięciominutowy koncert pozostawił po sobie uczucie niedosytu, ale wiecie, jak to mówią, że czasem niedosyt od przesytu jest lepszy… Zaczęli od instrumentalnego „Redneck Stomp”, skończyli zagranym na bis legendarnym „Slowly We Rot”. Między nimi pojawiły się też „Til Death”, „Dying”, „Find The Arise”, „Visions In My Head” i kilka innych. Amerykanie zmiażdżyli brzmieniem gitar, rytmem bębnów i brutalnymi partiami wokalnymi Johna Tardy’ego. NAJOHYDNIEJSZE DZIECKO MATKI FLORYDY udowodniło, że jest w bardzo dobrej formie. Bez wyszukanego show, w zwykłych ciuchach, sportowych butach, ociekając potem, grali ten swój prosty, ale cholernie mocarny death metal, po ich minach widać było, że bardzo dobrze się bawią, choć temperatura dawała się we znaki, uśmiech często gościł na twarzach muzyków. Publiczność też ostro dokazywała, ale trudno się dziwić, przecież amerykańska formacja gra muzykę stworzoną do koncertowych szaleństw. OK, przyznaję, że to nie był idealny występ. Zabrakło kilku kompozycji, zdarzały się dłuższe przerwy między utworami, co zawsze niekorzystnie wpływa na dramaturgię występu, zanotowałem też małą wpadkę przy tytułowym numerze z pierwszej płyty, ale kto jedzie na Obituary, by dyskutować o technicznych niuansach czy przypadkowych pomyłkach? Całość ma walić po łbie i inspirować do dzikiego zachowania. Poza tym muzyka tego zespołu zawsze pozytywnie na mnie wpływała i dostarczała mi porcję pozytywnej energii. Tak było i tym razem.

Zdjęcia: Marcin Fiń

Przed głównym daniem wieczoru zagrały dwie formacje. Niemcy z Deserted Fear zdobyli moje serce swoim death metalem, który momentami był grany na szwedzką modłę, żywiołowością, poczuciem humoru (sprawdźcie teledysk do utworu „Open Their Gates”) i bezpretensjonalną postawą. Agresja i melodia idą w parze w muzyce Deserted Fear, na szczęście jest to melodia, która nie rozmiękcza tego, co w sztuce zabijania dźwiękiem jest najważniejsze. Niemieccy muzycy pewnie nie będą nowymi bogami, ale warto zapamiętać tę nazwę.

Zdjęcia: Marcin Fiń

Dobór zespołów tego wieczoru był dość ciekawy, biorąc pod uwagę to, że każdy z nich reprezentował jednak trochę inną odmianę muzycznej ekstremy. Całą stawkę rozpoczął katowicki Planet Hell, który również para się death metalem, ale tu mamy do czynienia z dźwiękami bardziej złożonymi, technicznymi, progresywnymi. Muzycy wśród swoich inspiracji wymieniają m.in. Rush, Voivod, Strapping Young Lad. Mówi się też o wpływach Nocturnus i Morbid Angel. Całość ciekawie zabrzmiała i trochę szkoda, że pierwsze utwory grupa zagrała dla garstki fanów. W pamięć zapadła mi kompozycja „Astronauts”. To było dobre otwarcie metalowego wieczoru. Wśród publiczności, która w środku lata postanowiła zjawić się w krakowskim klubie, zauważyłem przede wszystkim starców pamiętających doskonale rok 1989, ale znalazło się też i trochę bardzo młodych osób, co pozwala wierzyć w to, że ta muzyka będzie gnić jeszcze długo i powoli.