Nordland – European Paganism (2017)

Jak przystało na koniec marca, mamy za oknem zimny, szary i brudny listopad. Poczerniały od dymu z węglowych pieców śnieg rozpuszcza się z pomocą deszczu zmieszanego z takim samym dymem. Aura taka nie sprzyja ogólnie dobremu samopoczuciu, jednak kiedy słyszę album który swoim brzmieniem budzi w człowieku podobne emocje, pozwala odczuć chłód, niechęć do otaczającego świata, podkreśla i wydobywa jego brzydotę, to wiem, że mam do czynienia z dobrą muzyką. Te kilka zdań wstępu, mogłoby sugerować, że chodzi o Odrazę, ale nie, chodzi o zespół, a dokładniej o solowy projekt o nazwie Nordland, wywodzący się z Anglii.

Album pt. „European Paganism” został wydany w tamtym roku, sam projekt do momentu wysłuchania tej płyty był dla mnie kompletnie nieznany, no i muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym wydawnictwem. Na płycie mamy do czynienia z black metalem, do którego można doczepić łatkę pt. ”pagan”, ale na szczęście nie w znaczeniu grania na jakichś fujarkach i klawiszach przy ognisku w lesie, tylko o chłodnym, surowym brzmieniu, spod znaku Bathory czy też starszych albumów Enslaved. Płyta trwa trochę ponad 40 minut, w jej skład wchodzą zaledwie trzy utwory, przy czym pierwszy z nich ma aż 27 minut, ale mimo swojego czasu trwania nie nudzi. Osobiście nie przepadam za kawałkami dłuższymi niż 10 min, są oczywiście takie, które bardzo lubię, ale w wielu przypadkach takie rozciąganie muzyki w czasie wiążę się z przekombinowaniem, które prowadzi do znużenia. „The Mountain” o którym mowa, zmienia w trakcie wielokrotnie swoje tempo, zaczynając od spokojnego wstępu, dodając stopniowo kolejne elementy, gitarę, perkusję aż do przejścia we wściekły black metal, po czym następuje ponowne zwolnienie, gdzie pojawiają się progresywne elementy, które mogą się kojarzyć ze wspomnianym wcześniej Enslaved. Dwa pozostałe utwory „A Burning of Idols” i „Rites of Dawn”, podtrzymują klimat zaprezentowany nam przez pierwszy utwór, mając jednak bardziej jednolitą kompozycję, różniącą się jedynie wprowadzeniem prostych sampli w celu podkreślenia „pogańskiej” atmosfery. Słuchając ostatniego dzieła „Nordland” nie usłyszymy nic nowego, bardziej prawdopodobne, że będziemy non stop mieli skojarzenia z czymś co już wcześniej słyszeliśmy, ale w tym wypadku nie jest to nic złego. Nie twierdzę, ze Vorh, czyli koleś odpowiedzialny za „European Paganism”, oddaje tym albumem hołd klasykom gatunku, jednak swoją muzyką jasno pokazuje, jakie są jego muzyczne korzenie i inspiracje, ale też, że autentycznie „czuje” tę muzykę, a nie po prostu wybiera jaki gatunek ma prezentować, dzięki czemu zawdzięczamy naturalne i niewymuszone brzmienie. Podsumowując, jeśli ktoś chce posłuchać klimatycznego i klasycznego brzmienia black metalu na pogańską nutę z lat 90-tych, nie oczekując, że usłyszy coś nowego i zaskakującego, to powinien ten album sprawdzić, bo za tym projektem stoi gość, który ma masę talentu i zasługuję na większą uwagę.