METALMANIA 2017 (Spodek, Katowice – 22.04.2017)

Wielu miało obawy i zastanawiało się, jak wypadnie niegdyś najważniejsze święto wszystkich polskich fanów metalu, czyli katowicka Metalmania, określana mianem największego takiego festiwalu w środkowo-wschodniej Europie. Dużo obaw i zarazem wiele oczekiwań. Zwłaszcza ci starsi fani metalowych dźwięków wyczekiwali tego wydarzenia, minęło bowiem dziewięć długich lat od ostatniej edycji imprezy organizowanej przez najważniejszą polską metalową wytwórnię Metal Mind, dziedzictwo Tomasza Dziubińskiego.

Dla mnie Metalmania ma szczególne znaczenie i zawsze powracam do niej z wielkim sentymentem. Wiele lat temu było to mój pierwszy wielki festiwal metalowy, podczas którego zobaczyłam i usłyszałam na żywo najważniejsze dla mnie zespoły. To tam w 2006 roku po raz pierwszy zobaczyłam Moonspell’a, który kilka lat przed i wiele długich lat po stał się dla mnie kapelą numer jeden. Poza tym Metalmania miała zawsze ten swój specyficzny klimat, taki inny niż pozostałe imprezy. Zawsze wiało tam duchem klasycznej przeszłości, tak pięknej i niepowtarzalnej. Bardzo, ale to bardzo byłam ciekawa, czy tego ducha da się podtrzymać i przywołać te fajne dla wielu wspomnienia.

Byłam prawie pewna, że na tegoroczną edycję zjadą ludzie w średnim wieku, stali bywalcy katowickiej imprezy, którzy z rozrzewnieniem wspominają swoją młodość, w którą wpisana była Metalmania. Nie pomyliłam się. Tak było, ciężko było znaleźć tych najmłodszych. Nie wiem, czy to źle, czy dobrze. Myślę jednak, że ta publika stworzyła całkiem fajny klimat, który przeniósł mnie trochę w czasie.

W ogólnym rozrachunku, dla mnie Metalmania wypadła dobrze. Nie mam się do czego przyczepić. Organizacyjnie bez zastrzeżeń, bardzo dobrze, że można było wychodzić poza teren festiwalu. Dla ludzi takich jak ja, którzy nie spożywają śmieciowego jedzenia było to szczególnie ważne. Nie odnotowałam obsuw w koncertach. Obie sceny były zgrane. Mała kończyła, duża zaczynała, i na odwrót. Jedynie usytuowanie małej sceny pozostawiało wiele do życzenia. No, ale z drugiej strony, gdzie indziej mogłaby zostać umieszczona… Najważniejszy aspekt, czyli nagłośnienie, było tu i tu w porządku, zatem inne małe niedogodności można było znieść. Na dole Spodka porozstawiane były wystawy, m.in. Agi Krysiuk i Zbigniewa Bielaka, co stanowiło fajną dodatkową atrakcję. Około południa fani KAT mogli osobiście porozmawiać i porobić pamiątkowe zdjęcia z Romkiem Kostrzewskim. Widziałam, że sporo osób zebrało się wokół muzyka, a on wytrwale do końca każdemu zainteresowanemu poświęcił swój czas. Generalnie przechadzając się po Spodku, można było spotkać wielu muzyków, więc jeśli tylko ktoś chciał zamienić słowo, czy zrobić sobie fotkę, nie było z tym problemu. Oddzielną sprawą były praktykowane na poprzednich edycjach Metalmanii, signing sessions z wybranymi kapelami. Od godzin popołudniowych można było w niedużych kolejkach wyczekiwać swoich ulubionych artystów. Fani przychodzili z płytami, starymi zdjęciami i plakatami, nikt nie wyszedł bez autografu, czy zdjęcia. Wśród dostępnych zespołów, był m.in. Vader, Sodom, Impaled Nazaerene, Moonspell, czy Samael. Wszystko odbywało się w zaplanowanych godzinach, spokojnie i sprawnie. Żadnych wyjątkowych sytuacji. Dzień uciekał dzięki temu szybko. Pogoda początkowo niesprzyjająca, w drugiej części dnia znacznie się poprawiła, więc zrobiło się przyjemniej. Właściwie jedyną kwestią, którą można uznać za słabszy punkt tegorocznej Metalmanii, był (i nie jestem przecież osamotniona w tej opinii) skład imprezy. Takie trochę odgrzewane kotlety, i mówię to jako fan Samael i Moonspell. Jeśli impreza odbędzie się w przyszłym roku, stanowczo postawiłabym na kapele, które na Metalamnii jeszcze nie grały, warto by było sięgnąć na przykład po fińskie zespoły, lub amerykańskie gwiazdy. Wiadomo wszystko rozbija się o pieniądze, ale przecież frekwencja od tego w głównej mierze zależy. Ta średnia tegoroczna ma spokojnie szansę być większa w przyszłym roku. Musi się także zmienić podejście polskich fanów metalu, którzy może zamiast jechać na Brutal’a do Czech, wesprą swój rodzimy festiwal i nie będą w kółko narzekać na to jaka beznadzieja jest w Polsce. A cała reszta tych młodszych zostawi You Tube i ruszy tyłki wiosną do Katowic. Jak będzie? Pożyjemy, zobaczymy.

Do Spodka wpadłam, kiedy na dużej scenie grał już polski Animations. Nie znałam wcześniej dobrze tego zespołu, ale z tego, co usłyszałam ze sceny przykuło moją uwagę i po powrocie postanowiłam zainteresować się kapelą. Dobra dawka progresywnego grania z fajnymi melodiami i bardzo, bardzo dobrym wokalem. Oglądając końcówkę ich koncertu z oddali, postanowiłam przejść się po Spodku. O tej porze nie było jeszcze tłumów, właściwie można powiedzieć, że Spodek świecił trochę pustkami, ale ludzi przybywało z każdą godziną. Pooglądałam stoiska z płytami i koszulkami. Troszkę tego było i widać było, że ludzie z zainteresowaniem zatrzymywali się przy nich, dokonując zakupów. W takcie tego mojego obchodu spotkałam wielu znajomych, zwłaszcza z mojego miasta. Także stanowiliśmy niezłą reprezentację na Metalmanii 😉 Po Animations, koło godziny 13-nastej, na dużej scenie zaprezentował się brytyjski przedstawiciel klasyki heavy metalu Tygers Of Pan Tang. Mimo krótkiego występu, był to rasowy pokaz klasycznego grania. Publiczność dopiero zbierała się pod sceną, panowie jednak zaprezentowali się bardzo profesjonalnie i zebrali duże brawa. W oczekiwaniu na jeden z głównych zespołów, wpadłam na chwilę na małą scenę, gdzie swój żywiołowy koncert grał rodzimy Thermit. Zabawa w tamtej lokalizacji Spodka zdawała się rozkręcać na dobre. Coraz więcej ludzi zbierało się pod obiema scenami. Przed 14-nastą na głównej scenie zaprezentował się wyczekiwany przez wielu fanów, Sinister. Nie ukrywam, że nie są to moje klimaty, jednak odnotować należy, że był to solidny koncert kapeli, którą w Polsce ciężko uświadczyć. Sinister zagrał między innymi takie kawałki, jak „Sadistic Intent”, „Neurophobic”, czy „Cross The Styx”. Po występie Sinister pozostałam pod główną sceną, by obejrzeć koncert norweskiego Arcturus’a, na czele którego stoi niesamowity wokalista i muzyk znany z wielu projektów, I.C.S. Vortex. Teatralne granie spod znaku Arcturus wprowadziło na scenę nieco inny, bardziej melodyjny klimat. Nie był to długi koncert, ale wprowadził charakterystyczna norweską atmosferę. Fani bawili się m.in. przy takich numerach, jak „Chaos Path”, „To Thou Who Dwellest In The Night”. Zawsze miło zobaczyć w akcji Vortex’a i Hellhammer’a 😉 Po występie Arcturus’a zmyłam się coś zjeść i chwilkę odpocząć.

Z powrotem w Spodku pojawiłam się po godzinie 15-nastej i od razu poleciałam na małą scenę, bo zaczynała właśnie grać Mord’A’Stigmata, którą bardzo lubię. Generalnie w ostatnim czasie wszystko, co „post” jest dla mnie szczególnie interesujące. Tak właśnie również traktuję ten polski skład. Wcześniej miałam okazję widzieć ich na Castle Party w 2015 roku. Tamten koncert był znakomity, więc i na Metalmanii miałam spore oczekiwania. Nie zawiodłam się, klimat, jaki grupa tworzy jest naprawdę wyjątkowy, koncert ten zaliczam do bardzo udanych. Po nich od razu udałam się na dużą scenę, na koncert Entombed A.D. Mimo, że to nie moja bajka, wiem, że grupa dowodzona przez niestrudzonego Lars’a Petrov’a, ma w Polsce sporo fanów. Nawet perturbacje związane z podziałem zespołu nie wpłynęły znacząco na kondycję frontmana. Fani żywo reagowali na muzykę, a Petrov jak zwykle w charakterystycznym dla siebie stylu, utrzymywał z nimi przez cały koncert bardzo dobry kontakt. Wybrzmiały dobrze znane numer, jak „Living Dead”, „Revel in Flesh”, czy „Wolverine Blues”. Pod główną sceną pozostałam jeszcze na dwa kolejne zespoły. Po Entombed A.D. na scenie pojawił się Vader. Był to szczególny koncert dla wszystkich fanów grupy, bowiem zespół świętuje 25-lecie wydania swojego debiutu. Generalnie tę edycję Metalmanii można zaliczyć do takich rocznicowo-jubileuszowych imprez – Samael i Moonspell również świętują swoje rocznice. Ale wracając do Peter’a i spółki. Widać było, że dużo ludzi zjechało również ze względu na nich. Vader zaserwował swoim fanom prawie w całości debiutancki album, a także reprezentację innych wydawnictw, włączając najnowsze. Można było usłyszeć takie kompozycje, jak choćby „Sothis”, „Carnal”, czy „Wings”. Peter w przerwach między utworami przywoływał wspomnienia z przeszłości zespołu, podtrzymując dialog z żywo reagującą publicznością. Kolejne kapele, które pojawiły się na scenie, nie będę ukrywać, nie leżą w kręgu moich muzycznych fascynacji, zatem zarówno na koncercie Sodom, jak i Coroner’a byłam tylko w trakcie pierwszych utworów. Należy jednak odnotować, że na pewno dla tych kapel wielu fanów na Metalmanię przyjechało. Bezwzględnie ikony swoich gatunków przyciągnęły pod scenę masę ludzi. Ja zaliczając początek koncertów obu kapel, już oczekiwałam na gwiazdy wieczoru, dla których przecież tam przyjechałam. W między czasie wpadłam na signing session Samael’a, a potem jeszcze na małą scenę, by zobaczyć Finów z Impaled Nazarene. Nie dało rady wcisnąć się pod scenę, więc pooglądałam koncert z góry. Zespół naprawdę w formie, publika bawiła się doskonale, zagrzewana przez charyzmatycznego frontmana. Ja nie zostałam do końca, bo już szykowałam się na trzy powody mojego przyjazdu do Katowic.

Mimo, że miał być to już mój dziewiąty koncert Moonspell’a, po prostu nie mogłam przegapić takiej okazji, jak zagranie w całości mojej ukochanej płyty „Irreligious”. W tym roku zespół świętuje dwudziestolecie wydana tego kultowego krążka, a poza tym dwudziestopięciolecie działalności. A pamiętam, jak jeszcze niedawno zajadaliśmy się tortem urodzinowym (20-lecie) na Metalfest w 2012… Czas szybko leci… Warto zobaczyć na żywo Moonspell w tym roku, mam na myśli tu starych fanów kapeli. Takie „vintage show” zdarza się naprawdę rzadko. Moonspell pojawił się na scenie Spodka przed dwudziestą drugą. Ta scena jest im dobrze znana i szczególnie bliska, bo to właśnie na Metalmanii w latach 90. stawiali swoje pierwsze kroki. Zatem tutaj czują się jak u siebie. Grupa bez zbędnych wstępów od razu zaczęła odgrywać „Irreligious”. Spod sceny poszłam dopiero po „Herr Spiegelmann”. Album ten jest dla mnie jednym z najważniejszych w ogóle, jak nie najważniejszym, i zawsze bardziej go wielbiłam niż „Wolfheart”. Moonspell jak Moonspell. Klasa. Wszystko odegrane tak jak trzeba. Dla mnie najlepsze momenty to oczywiście „Awake” i „Ruin And Misery”. Nie wszystko z „Irreligious” znalazło się na setliście. Dodatkowo z „Wolfheart” (standardowo) poleciała „Alma Mater” i „Wolfshade”. Na koniec równe standardowo „Full Moon Madness”. Fernando, jak zwykle, dyrygował publicznością, w przerwach odwoływał się do wspomnień i przywoływał inne kapele, m.in. Samael’a. W Polsce koncerty tej kapeli są wzorowe. Oni grają tu (prawie) jak u siebie, więc atmosfera jest zawsze bardzo dobra, żeby nie powiedzieć idealna. Dla mnie koncert ten był bardzo dobrze zagrany, ale gdzieś zabrakło mi magii. Może po prostu jestem przesycona Moonspell’em, i powinnam sobie zrobić kilkuletnią przerwę… Może.

Samael. Chyba na gwiazdę wieczoru czekałam bardziej niż na ich kolegów z Portugalii. Miałam ochotę na ten koncert od bardzo dawna, bowiem mój ostatni, w 2011 roku, właśnie (o ironio) przez Moonspell’a nie był zaliczony, tak jak być powinien. Wiela gadania było przed Metalamnią na temat tego, czy Samael aby na pewno nadaje się na gwiazdę festiwalu. No cóż. Pewnie pod adresem większości innych zespołów również byłby takie komentarze. Nie mam zamiaru się rozwodzić ani nad zasadnością ustawienia Samael’a w tym miejscu i czasie, ani również nad wałkowanym przez wielu tematem „nadrzędności perkusji nad automatem”. Ja jestem fanem Samael’a spod znaku „Passage”, zatem za normę przyjmuje taki stan, jaki jest. Uważam, że grupa ta, jako również związana z Metalmanią, i Polską przede wszystkim, zasługiwała na to, żeby chociaż raz, w rok swojego jubileuszu, być headlinerem tej imprezy. Tyle w temacie. A jak było na scenie? Świetnie. Zespół w formie, zresztą jak zawsze. Stara sestlista, złożona z niemal w całości „Ceremony Of Opposites” oraz utworów z „Worship Him” i „Blood Ritual”, w tym właśnie kawałek „Worhip Him”, który według zapowiedzi Vorp’a nie był grany od ponad dwudziestu lat. Były również numery z mojej ulubionej „Passage”, nie zabrakło także „Total Consecration”, czy sztandarowej kompozycji „Into the Pentagram”. Pojawiły się również utwory premierowe, mające znaleźć się na nadchodzącym albumie. Koncert znakomity. Wszystko perfekcyjnie zagrane. Niesamowite wrażenie robiły wizualizacje za zespołem, które fajnie podkręcały klimat w połączeniu z muzyką. Publika bawiła się fantastycznie. Tak samo dobrze, jak na Moonspell’u, a może nawet lepiej. Jestem w pełni usatysfakcjonowana tym koncertem, naprawdę warto było wybrać się na Metalmanię, by zobaczyć ten występ.

Po koncercie Samael’a, wiedziałam, że muszę jeszcze zobaczyć Furię, nasza rodzimą, katowicką. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że uznam ten koncert za najlepszy. Pewnie jestem w zupełnej mniejszości, no może poza fanami, którzy wytrwale po 1 w nocy czekali na Nihila. Oczywiście Spodek się wyludnił i to znacznie, ale może to i lepiej, dzięki temu stworzył się naprawdę niepowtarzalny klimat. Jakoś do tej pory nie mogłam trafić na ich koncert, zawsze gdzieś przechodził mi koło nosa. Z płyt bardzo lubię, tym bardziej bardzo chciałam posłuchać i zobaczyć na żywo. Generalnie ucieszyłam się, kiedy organizatorzy potwierdzili, że Furia będzie zamykać imprezę. To był jej czas, idealny. W sumie do tej pory nie bardzo wiem co się zadziało ze mną tam pod tą sceną. Na zdjęcia wpuszczono nas dopiero po dwudziestej piątej minucie koncertu, zatem koncert zdążył się rozkręcić. Jednak oglądając go z dystansu, odbierałam go nieco inaczej, ale kiedy weszłam pod scenę… Nie wiem co to było, ale za bardzo nie mogłam się skupić na zdjęciach, jakaś dziwna mieszanka tej niesamowitej muzyki, w połączeniu z klimatem na scenie sprawiła, że było to dla mnie bardzo magnetyczne. Sama osoba Nihila jest magnetyczna. Świetna setlista, na której nie zabrakło kompozycji z „Księżyc milczy luty” oraz starszych, jak choćby „Zamawianie drugie”, czy „Są to koła”. Wszystko się tam zgadzało. Ludzie, przynajmniej ci na płycie, znajdowali się, podobnie jak ja, w jakimś rodzaju transu. Nihil dowiózł nas do końca, bardzo przyjemnego końca.

Metalmania 2017 się udała. Mam nadzieję, że nie trzeba będzie czekać kolejnych kilku lat. Najważniejsza sprawa dla organizatorów, popracować nad składem. Jak najlepszym. Bez tego, z oczywistych względów frekwencja nie będzie zadowalająca. Wyjść naprzeciw nowym zespołom i nowym gatunkom. Patrzeć w przyszłość, w przeszłość zaglądać tylko po to, aby powspominać…

TYGERS OF PAN TANG

THERMIT

SINISTER

ARCTURUS

ENTOMBED A.D.

MORD’A’STIGMATA

VADER

SODOM

OBSCURE SPHINX

CORONER

IMPALED NAZARENE

MOONSPELL

SAMAEL

FURIA

FESTIWAL

M. Darocha, Baks