Metalmania 2017 (22.04.2017, Spodek, Katowice)

22 kwietnia odbyła się pierwsza po dziewięcioletniej przerwie, a jednocześnie dwudziesta trzecia w ogóle edycja Metalmanii, absolutnie legendarnego, najważniejszego i największego metalowego festiwalu w Polsce. Plakaty reklamujące imprezę zapewniały nawet, że największego w całej Europie Środkowej, choć odkąd w siłę urósł czeski Brutal Assault takie twierdzenie to jednak spore nadużycie. Nie zmienia to wcale faktu, że festu na miarę BA w naszym kraju nie ma i pewnie jeszcze długo nie będzie, zaś Metalmania to kwintesencja polskiej metalowej tradycji i po prostu święto ciężkiego grania, które odwiedzić zwyczajnie wypada. Zwłaszcza gdy reaktywuje się po długim letargu, a zestawem zaproszonych kapel nawiązuje do lat świetności.

Katowice przywitały mnie chmurami i deszczem, który raczej nie umilał oczekiwania na wejście do Spodka. Opóźniło się ono o jakieś pół godziny w stosunku do planowanego otwarcia o 10:00, ale na szczęście były to złe miłego początki. Szybka wizyta w szatni, pobranie opaski uprawniającej do wchodzenia i wychodzenia z terenu festiwalu, pierwsze piwo, a tymczasem na małej scenie już instalował się rozpoczynający ten ponad piętnastogodzinny koncertowy maraton zespół Mentor. Połączone siły muzyków Thaw i J.D. Overdrive zaprezentowały kawał fajnego, imprezowego w klimacie rock’n’rolla, kompozycyjnie nawiązującego do stylu Motorhead i Venom, brzmieniowo zaś do najbrudniejszych odmian ekstremalnego metalu. Fajne połączenie, dające energetycznego kopa na początek festiwalu.

W tym miejscu warto kilka słów więcej poświęcić drugiej scenie Metalmanii. Zaprezentowała się na niej czołówka polskiego podziemia, m.in. Infernal War, Mord’a’Stigmata czy Thaw, klasycy z CETI oraz zagraniczni goście z Finlandii – Impaled Nazarene. Obsada zacna, niestety fizyczne umiejscowienie sceny pozostawiało wiele do życzenia – była wciśnięta na samym końcu korytarza okalającego halę, a tuż przed nią wyrastały schody prowadzące na wyższe piętro trybun. Przez to publiczność musiała niemiłosiernie się tłoczyć, żeby cokolwiek zobaczyć, a nie tylko usłyszeć.

Koncerty drugiego na małej scenie Stillborn i otwierającego scenę główną Animations poświęciłem na rzecz przechadzki po pozamuzycznych atrakcjach festiwalu. A było tego trochę: od stoisk z płytami i ciuchami, przez studio tatuażu, trwające cały dzień spotkania z muzykami, aż po wystawę fotografii koncertowej (nie tylko metalowej, Zenek Martyniuk również się załapał) oraz portretów robionych przez Agę Krysiuk ze zużytych płyt winylowych. Niestety szeroko zapowiadanej wystawy prac Zbigniewa Bielaka nie przygotowano na początek festiwalu i została otwarta dopiero później, kiedy nie miałem już czasu na nią zajrzeć.

O godz. 12:30 na głównej scenie zameldowali się Tygers of Pan Tang. Klasycy gatunku New Wave of British Heavy Metal, którzy wspólnie z Iron Maiden i Saxon rozkręcali wyspiarską scenę we wczesnych latach 80-tych, nie dorobili się może aż takiego statusu jak ich wspomniani koledzy, ale moim zdaniem i tak kazano im grać o barbarzyńsko wczesnej porze, zupełnie niewspółmiernej do zasług tej kapeli. Tygrysom wydawało się to totalnie nie przeszkadzać, zaprezentowali bardzo energetyczne show i widać było, że dobrze się bawili i autentycznie cieszyli się graniem. W ciągu zaledwie półgodzinnego występu usłyszeliśmy m.in. „Only the Brave” z najnowszego albumu (utwór dedykowany fanowi, który przyjechał specjalnie na Metalmanię z Rosji) oraz najlepsze starocie: „Euthanasia”, „Suzie Smiled”, „Spellbound”, „Love Don’t Stay” oraz obowiązkowy cover „Love Potion No. 9” na koniec.

Jako że po występie Tygers of Pan Tang zrobiła się już pora obiadowa, odpuściłem koncerty Sinister i Arcturus, aby udać się na coś do jedzenia w okolicach katowickiego Rynku, oddalonego od Spodka zaledwie o kilka minut spaceru. Na teren imprezy udało się powrócić po 16:00, na drugą połowę koncertu Entombed A.D. Bardzo irytują mnie sytuacje, kiedy rozpada się jakiś znany zespół, a jego członkowie, do niedawna koledzy, rozpoczynają boje o prawa do korzystania z dawnej nazwy. Tak formują się bandy typu Kat Romana Kostrzewskiego i Kat Piotra Luczyka, Venom i Venom Inc. czy właśnie Entombed i Entombed A.D. Na szczęście Lars-Goran Petrov nie odcina tylko kuponów i nagrywa też nowe rzeczy, których, nawiasem mówiąc, stary Entombed wcale by się nie powstydził. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – to nie na nowe numery szczególnie czekała metalmaniowa publiczność. Czekali na klasyki i klasyki te dostali. Pod koniec koncertu w Spodku zabrzmiały m.in. „Living Dead”, „Revel in Flesh”, „Wolverine Blues” i „Left Hand Path”. Petrov na scenie dwoił się i troił, choć widać było miejscami, że wiek i rock’n’rollowy styl życia nie pozostają bez wpływu na jego formę (częste krztuszenie się i tłumiony kaszel w przerwach między utworami). Nie zmienia to jednak faktu, że lider Entombed A.D. złapał świetny kontakt z publicznością i po prostu dobrze się bawił, biegając od jednej strony sceny do drugiej, często z butelką piwa w ręce.

Po Szwedach nastąpiła chwila przerwy, którą występem na małej scenie zapełnili bluźniercy z Infernal War, a o godzinie 17:00 na scenie głównej zameldował się Vader. Tej ekipy chyba nikomu, kto przyjechał na Metalmanię, nie trzeba przedstawiać, o popularności olsztyńskiej ikony death metalu świadczył konkretny tłum zgromadzony pod sceną, nie wiem nawet czy nie największy ze wszystkich koncertów tegorocznej edycji. Vader świętuje właśnie 25-lecie wydania debiutanckiego albumu „The Ultimate Incantation” i w Katowicach odegrał go prawie w całości, pomijając jedynie cztery utwory. Poza numerami z debiutu, które oczywiście zdominowały setlistę, Peter i spółka zaserwowali fanom przekrojówkę przez różne okresy twórczości grupy, usłyszeliśmy m.in. „Sothis”, „Carnal”, „Wings”, „Triumph of Death” oraz „Send Me Back to Hell” z najnowszej płyty „The Empire”. Na koniec oczywiście wybrzmiał jeszcze słynny marsz imperialny Johna Williamsa ze ścieżki dźwiękowej do „Gwiezdnych Wojen”. Mocny, solidny występ.

Bardzo dobrze zaprezentował się też kolejny zespół na głównej scenie, Sodom. To zasłużone thrashowe trio z Niemiec promuje teraz swój najnowszy album „Decision Day”, nie dziwi więc, że katowicki koncert otworzyli kawałkiem, który otwiera też tę płytę – „In Retribution”. Wrócili do niej jeszcze tylko raz, w utworze „Caligula”, całą resztę 50-minutowego występu wypełniając klasykami, takimi jak „Sodomy and Lust”, „Outbreak of Evil”, „Agent Orange”, „Remember the Fallen”, czy „Bombenhagel”. Przyznam, że na tegoroczną Metalmanię jechałem głównie po to, żeby zobaczyć Sodom i absolutnie się nie zawiodłem. Tom Angelripper, Bernemann i Makka porwali publiczność, bawiąc się na scenie nie gorzej od fanów zgromadzonych przed nią. Thrashowi fanatycy powinni być też usatysfakcjonowani doborem utworów, choć mnie akurat zabrakło czegokolwiek z mojej ulubionej płyty „M-16”. Nie zmienia to jednak ogólnie świetnego wrażenia, jakie pozostawił po sobie może trochę za krótki, ale szalenie energetyczny koncert wujka Toma i jego kolegów.

Po Niemcach na głównej scenie zainstalowali się kolejni thrashowcy, tym razem ze Szwajcarii, czyli reaktywowany kilka lat temu Coroner. Niby ten sam gatunek co Sodom, a jakże inne podejście – trochę mniej energiczne, a bardziej połamane kompozycje, miejscami zahaczające wręcz o metal progresywny, sterylne brzmienie i niesamowita precyzja wykonania – to zawsze cechowało Coronera i było też widoczne podczas ich występu w Katowicach. Niestety koncert Szwajcarów musiałem opuścić po drugim utworze, aby udać się na spotkanie z innymi Szwajcarami – headlinerem festiwalu, czyli Samaelem, wiem jednak z rozmów z fanami Coronera, którzy na Metalmanię przyjechali specjalnie zobaczyć ten zespół, że nie zawiódł on ich oczekiwań. Rozdawanie autografów przez gwiazdę wieczoru, przybijanie piątek i robienie wspólnych zdjęć z fanami trwało tyle, że tylko przelotnie spojrzałem na końcówkę występu Impaled Nazarene na małej scenie. Mogę jedynie stwierdzić, że Finowie dali ostro do pieca, ze sceny płynęła ściana ekstremalnego dźwięku, a pod sceną wrzało. Czyli tak, jak na koncercie tego zespołu być powinno.

21:40 – Moonspell. Portugalska załoga pod wodzą Fernando Ribeiro, która w latach 90-tych zdefiniowała pojęcie metalu gotyckiego, celebruje 25-lecie istnienia oraz 20-lecie wydania swojego drugiego albumu „Irreligious”. Na ich godzinny występ na Metalmanii złożyły się wyłącznie utwory z tej właśnie płyty oraz z debiutanckiego „Wolfheart”. Imponujący charyzmą Fernando porwał ze sobą publiczność, która ochoczo wypełniała wszystkie jego polecenia – unosiła ręce, klaskała w podany rytm itp. Można o Moonspellu mówić, że to taki trochę metalowy boysband, grający głównie dla zakochanych w nich dziewczyn, można śmiać się z wampirycznego image’u, scenografii, przebieranek, ale jednocześnie docenić należy jego niewątpliwy wkład w popularyzację sceny. Kto w liceum nie słuchał „Wolfheart”, niech pierwszy rzuci kamieniem. Teraz, po 25 latach kariery, zespół na żywo brzmi wciąż bardzo potężnie i mrocznie. Słychać, szczególnie w niektórych partiach perkusji, że korzenie Moonspella tkwią w black metalu. Portugalczycy dali show bez słabych punktów, od otwierającego koncert „Opium” po kończące „Full Moon Madness”, a bez wątpienia kulminacyjnym punktem występu (a dla mnie chyba też całej Metalmanii) było chóralnie odśpiewane wraz z publiką „Alma Mater”. Po zakończeniu zaskakująco dobrego koncertu Moonspella pozostałem w głównej części hali, aby spokojnie przygotować się na występ Samaela. Tymczasem zza ściany dobiegał głos legendy polskiego heavy metalu, Grzegorza Kupczyka, występującego na drugiej scenie ze swoim zespołem CETI. Zagrał on m.in. kilka utworów Turbo, w tym słynną balladę „Dorosłe dzieci”, która spotkała się ze szczególnie ciepłym przyjęciem fanów.

Jeśli chodzi o gwiazdę wieczoru, kontrowersje towarzyszyły jej jeszcze na długo przed imprezą. Wiele osób narzekało, że Samael to marka za mała, aby być headlinerem najważniejszego metalowego festiwalu w Polsce. Ja ten zespół lubię, i to na tyle, że już kilka razy widziałem go na żywo, w związku z czym wieść o tym, że będą gwiazdą Metalmanii, wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony dobry band, więc fajnie, z drugiej – ile można na nich jeździć? Sytuację uratowała informacja, że setlista Samaela ma składać się w dużej części z najstarszych utworów, z płyt „Worship Him” i „Blood Ritual”. W rzeczywistości było ich kilka, ale koncert zdominował album „Ceremony of Opposites”, na co absolutnie nie narzekam, ponieważ szczerze go uwielbiam. Z rzeczy starszych usłyszeliśmy m.in. „Worship Him” (zagrany na żywo po raz pierwszy od dwudziestu trzech lat!), „After the Sepulture”, „Total Consecration”, no i kultowy „Into the Pentagram”, którego po prostu nie mogło zabraknąć. Poza tym parę najbardziej znanych utworów z płyty „Passage” i dwa zupełnie nowe, premierowe kawałki z albumu, który dopiero ma się ukazać. „Rite of Renewal” i „Angel of Wrath” zabrzmiały świetnie, zwiastując naprawdę konkretną płytę. Nieprzesadzone, nadające klimatu elektroniczne tło dobrze współgrało z szybką i ciężką gitarą oraz ryczącym wokalem Vorpha. Nie jestem fanem nowego wcielenia Samaela, tego z klawiszami i automatem perkusyjnym, dużo bardziej poważam ich surową twórczość sprzed ery „Passage”, jednak na ten album chyba naprawdę będę niecierpliwie czekać. Podsumowując, był to trzeci koncert Samaela, na jakim byłem i jak do tej pory zdecydowanie najlepszy. Świetna setlista złożona z samych staroci, perfekcyjne wykonanie i oprawa sceniczna (światła i wizualizacje na ekranach umieszczonych za plecami muzyków) zrobiły robotę.

Tradycją dużych festiwali jest to, że gwiazda wieczoru wychodzi na scenę w najatrakcyjniejszym czasie, czyli w granicach godz. 21-23, ale po jej występie koncert wcale się nie kończy. Często trwa jeszcze długo, a publiczności prezentują się mniej znani wykonawcy. Rola „zamykacza” Metalmanii przypadła zespołowi z Katowic, którego status na scenie nie pozwala już jednak nazywać „lokalnym”, a mowa oczywiście o Furii. Pomimo tego, że gdzieś tak od występu Sodomu ludzi na płycie Spodka powoli ubywało, a po koncercie Samaela halę opuściła znaczna większość zgromadzonych, to na okręt flagowy nowej fali polskiego black metalu czekała pod sceną całkiem spora grupa fanów (obstawiam, że w większości miejscowych). Z powodu problemów technicznych Nihil i spółka rozpoczęli występ z niemal półgodzinnym opóźnieniem, sporo po 1:30, a zakończyli prawie o wpół do trzeciej w nocy. Ze swoim powolnym, walcowatym, transowym graniem ciekawie sprawdzili się jako „wyciszacz” po całym dniu koncertowej jazdy. Choć publiczność na płycie Spodka szalała, to na krzesełkach na trybunach zaobserwować można było więcej osób ucinających sobie drzemkę niż autentycznie przeżywających koncert i delektujących się muzyką. A szkoda, bo Furia to doskonały materiał do spokojnej kontemplacji. Potrafią na żywo osiągnąć świetny, niepokojący klimat i po raz kolejny zrobili to na Metalmanii.

Utworem „Zabieraj łapska” zakończyła się pierwsza edycja odrodzonej Metalmanii. Festiwal miał swoje niedociągnięcia, ale ogólnie wypadł nieźle pod względem organizacyjnym. Najmocniej zabolała obsuwa na wejściu, potem było już jednak znacznie lepiej. Można narzekać na mały wybór, jeśli chodzi o catering w Spodku oraz na to, że jedynym dostępnym na imprezie piwem było Tyskie Lekkie 3,5% (choć na to akurat organizatorzy nie mieli najmniejszego wpływu, takie jest po prostu prawo dotyczące imprez masowych), ale z drugiej strony uczestnicy mogli bez najmniejszego problemu wychodzić i wracać na teren hali. Dzięki temu można było w każdej chwili wyskoczyć do sklepu czy knajpy albo kupić coś w jednym z zaparkowanych pod Spodkiem food trucków. Pogoda, rankiem raczej niesprzyjająca, po kilku godzinach znacznie się poprawiła i wręcz zachęcała do spacerów po okolicy. Niezła organizacja w połączeniu z dobrym składem zaowocowała naprawdę solidnym festiwalem. Może nie zagrała na nim żadna wielka gwiazda, ale zaproszono zespoły znane i lubiane, które zaprezentowały się dobrze, często grając repertuar, jakiego normalnie na żywo nie wykonują. Rozczarowała mnie właściwie tylko jedna rzecz. Wśród zapowiedzianych dodatkowych atrakcji Metalmanii znalazła się konferansjerka w wykonaniu Łukasza Orbitowskiego. Pisarz, twórca fantastyki, kryminału i horroru, prowadzący program „Dezerterzy” w TVP Kultura, a przede wszystkim fan i znawca ciężkiej muzyki, miał być gospodarzem Metalmanii i zapowiadać występy kolejnych wykonawców. Nie wiem czy teksty, którymi rzucał ze sceny, były wymyślone przez niego czy ustalone odgórnie przez organizatora, jednak wyglądało to dość słabo. Naprawdę, wygłosić przed każdym koncertem na głównej scenie jednozdaniową zapowiedź z obowiązkowym wulgaryzmem w roli przecinka w środku mógłby każdy, nie trzeba było zatrudniać do tego znanego literata. Liczyłem na znacznie więcej w wykonaniu tego pana, zwłaszcza że zdolności oratorskie ma naprawdę duże. Wprawdzie sam zainteresowany tłumaczy we wpisie na swojej stronie internetowej, że skrócenie zapowiedzi było podyktowane po prostu zniecierpliwieniem publiki, ale naprawdę – za każdym razem zaledwie jedno zdanie? Na szczęście to tylko jeden z kilku małych mankamentów, które bledną przy całokształcie polskiego święta ciężkiej muzyki. Metalmania wróciła i ma się dobrze.