Metallica – Hardwired… To Self-Destruct (2016)

Metallica zafundowała swoim zwolennikom najdłuższą przerwę wydawniczą między pełnymi albumami, zawierającymi premierowe studyjne nagrania. Na „Hardwired… To Self-Destruct” czekaliśmy osiem długich lat. „Ja nie czekałem!” – powie jeden mądrala. „Ja też nie!” – doda drugi. Czy ja czekałem? Przyznaję bez bicia, że kolejna płyta tego zespołu nie była czymś, o czym marzyłem podczas bezsennych nocy. Częściej łapałem się na tym: naprawdę, to już osiem lat? Gdzie i kiedy ten czas uciekł? I jak to się dzieje, że ciągle jestem tak samo męski i przystojny… Ale po uważnym przesłuchaniu nowych piosenek muszę wyraźnie powiedzieć, że jest to pierwsza płyta Metalliki od 20 lat, która sprawiła mi autentyczną radość, co jednak nie znaczy, że nie ma ona żadnych minusów.

Minus pierwszy: okładka. Nie potrafię pojąć, jak to się stało, że zespół z takim budżetem, zespół, który stać praktycznie na wszystko, zespół, który może dotrzeć do każdego w branży, kolejny raz nie zadbał o okładkę płyty. Wiem, że okładka dźwięków nie wydaje. Wiem, że w obecnych czasach, gdy słucha się muzyki z komputera czy telefonu, okładki nie są nikomu potrzebne; przeżytek jakiś to jest, kto na to uwagę zwraca? Ale ja jestem starym dziadem i dla mnie okładka to integralna część albumu: płyty winylowej, CD czy nawet kasety magnetofonowej z małą wkładką. Zawsze zwracałem uwagę na okładki, oglądałem je, analizowałem, ale na okładkę nowej płyty Największego Metalowego Zespołu Świata nie chce mi się patrzeć. No, chyba że ten bohomaz na froncie to jakaś sztuka wysokich lotów, której mały łysy Bałajan nie pojmuje.

Minus drugi: brak umiaru. To nie nowina, że zespół nagrywa długie płyty z długimi piosenkami. Ale temu albumowi wyszłoby tylko na dobre, gdyby jego twórcy zdecydowali się coś przyciąć lub po prostu zrezygnowali z dwóch lub trzech kompozycji. Zespołowi przytrafiły się przecież płyty krótsze, np.: „Master Of Puppets” i „Ride The Lightning”, które by chyba nie zapadły tak głęboko w naszą świadomość, gdyby każda z nich trwała 80 minut. „Hardwired… To Self-Destruct” w wersji podstawowej to dwie płyty CD z 12 kompozycjami, które w sumie trwają 77 minut. Wersja trzypłytowa to blisko 160 minut muzyki.

Więcej minusów nie pamiętam. Teraz czas na plusy. Najpierw brzmienie. Trudno robić wielkie halo z tego, że milionerzy zadbali o tę stronę wydawnictwa, ale po tym, co zafundowali nam na ostatnich studyjnych płytach, będziemy bardzo mile zaskoczeni dźwiękiem, który wydobywa się z głośników przy słuchaniu ich nowego albumu. „Hardwired… To Self-Destruct” nie brzmi jak demo ani jak ofiara tak zwanej wojny głośności. Z pewnością można by tu coś poprawić, jedno bardziej uwypuklić, drugie schować, ale dla mnie jest naprawdę dobrze i cieszę się, że tym razem zrezygnowano z wątpliwej jakości eksperymentów.

A co z samą muzyką? Na szczęście ma ona zdecydowanie więcej plusów. Przede wszystkim większość utworów nie męczy. Widać, że muzycy nie próbowali siłować się z własną chwalebną przeszłością. Owszem, są nawiązania do „Load”, jest coś z „Czarnego Albumu”, nie zabrakło też naprawdę metalowego, gniewnego grania. Jest i ukłon w stronę klasyki heavy metalu: w jednym miejscu słychać Iron Maiden, w innym Black Sabbath… Jednocześnie muzyka na tej płycie ma w sobie więcej luzu, rockowego feelingu, szybciej wpada w ucho. Na albumie królują średnie tempa, choć zdarzają się też szybsze kawałki. Płytę spina piękna klamra: „Hardwired”, krótki utwór rozpoczynający całą stawkę, i dwa razy dłuższy od niego „Spit Out The Bone” na zakończenie – to właśnie stuprocentowa Metallica: rozpędzona, szybka, ostra. Ci goście nie zapomnieli, czym jest thrash metal.

Pozostałe utwory do krótkich nie należą, ale są wśród nich takie, które nie nużą. Zaliczam do nich heavymetalowy „Atlas, Rise!”, potężny, dostojny i bardzo ciężki „Dream No More” (nie tylko ja myślę w tym momencie o „Sad But True”, prawda?), przebojowy „Now That We’re Dead”, na wpół balladowy „Halo On Fire”… Dorzucam jeszcze „Moth Into Flame”, w którym muzycy zrywają się do thrashowego galopu, otwierające drugą płytę „Confusion” i „ManUNkind” – z ładnie brzmiącym basowo-gitarowym wstępem i teledyskiem chyba sprawdzającym poczucie humoru u blackmetalowców. Gdybym chciał mieć płytę wyborną, to na tym bym poprzestał.

Niestety, album zawiera także piosenki mniej udane. Nie potrafię się przekonać do „Here Comes Revenge”, „Am I Savage?” ani do „Murder One”. Brakuje mi w nich jakiejś iskry bożej… Ten trzeci kawałek jest hołdem dla zmarłego lidera grupy Motörhead i zdecydowanie bardziej do mnie przemawia, gdy oglądam animowany teledysk do niego.

Bohaterem płyty jest dla mnie James Hetfield. Świetnie brzmią jego partie wokalne (zwróćcie uwagę na ostatni utwór albumu), przemawia moc riffów gitarowych. Brawo!

Dziewięć utworów na wysokim poziomie, trzy na średnim… Nie mam zamiaru narzekać! Wspominałem, że „Hardwired… to Self-Destruct” ukazała się także w wersji trzypłytowej. Co znajduje się na płycie numer 3? „Lords Of Summer” – aż szkoda, że ta piosenka wylądowała na krążku bonusowym. Spokojnie mogła zastąpić jeden ze słabszych utworów, które znalazły się w wersji podstawowej. Mamy tu też kilka coverów: bardziej niż udane „Ronnie Rising Medley” (utwory Rainbow, hołd dla Ronniego Jamesa Dio), „When A Blind Man Cries” (Deep Purple), „Remember Tomorrow” (Iron Maiden) – fanom doskonale znane, ale teraz dostępne w jednym miejscu. Metallica i cudzesy – to zawsze brzmiało dobrze lub bardzo dobrze. Wśród 14 utworów znalazły się też nagrania koncertowe: po raz pierwszy zagrane na żywo „Hardwired” oraz piosenki z dwóch pierwszych płyt Metalliki, zarejestrowane w kwietniu 2016 roku w Kalifornii. Gdy usłyszycie Jamesa, który w „Fade To Black” krzyczy: „Do you hear us, Cliff?”, z pewnością poczujecie ciary na plecach.

Na oddzielną uwagę zasługuje promocja albumu. Zasypanie kanału YouTube i całego Facebooka mniej lub bardziej udanymi teledyskami do każdego utworu z płyty, edytor, który pozwala przekształcić własne imię lub nazwę firmy na wzór logotypu formacji, imprezy towarzyszące… – to wszystko pokazuje, że zespół dokładnie wie, na czym polega promocja i jak sprzedać nową płytę. Nie mam zamiaru się za to na niego obrażać. W poszukiwaniu ideałów zejdę sobie do podziemia, a Metallice po prostu gratuluję powrotu w dobrym stylu. I pisze to człowiek, który jakiś czas temu stracił wiarę w ten zespół. Czekam na koncert!