Me And That Man, Fertile Hump, Sasha Boole (Rzeszów, Lukr, 06.10.2017)

Gdy ta relacja zostanie opublikowana, powyższy skład zespołów będzie odpoczywać po zakończonej polskiej trasie koncertowej. Trasie, która składała się z trzynastu koncertów, część z nich została wyprzedana, a chyba wszystkie sztuki spotkały się z doskonałym przyjęciem publiczności. I dość zabawnie to teraz wygląda, bo pamiętam moment, w którym pojawiły się pierwsze single Me And That Man, pamiętam ten wysyp lamentów, śmiechu i ględzenia, że to nie może się udać, że z Darskiego to żaden wokalista, że ta cała muzyka to nic oryginalnego i ciekawego, że to nieudana kopia i kalka innych artystów… A prawda jest taka, że chyba każdy muzyk, który chce ze swoją twórczością wyjść poza granicę swojej sali prób, marzy o takich odbiorcach i współpracownikach, jak ci, którzy stali na scenie i pod nią. Być może nie ma żadnego obiektywizmu w mojej opinii, jedna ze znajomych stwierdziła nawet kiedyś, że „ty chyba nie dałbyś na tego Nergala złego słowa powiedzieć, co?”, ale uważam, że naprawdę trzeba być uprzedzonym do Adama lub Johna, by uznać ten zespół za kiepski. Na rzeszowskim koncercie nie zabrakło mi niczego. Tam wszystko się zgadzało. To był występ, który zamknął jadaczki chyba wszystkim sceptykom, a zwolenników „Songs of Love and Death” utwierdził w przekonaniu, że warto wierzyć tym muzykom.

W czasie występu głównej gwiazdy wieczoru stałem pod sceną, przy barierkach, na wprost Adama, i widziałem dokładnie, jak ta grupa jest ze sobą zgrana, jaka energia jest w nich obecna, jaką radość czerpią z grania tych piosenek. Aż szkoda by było, gdyby miało się to skończyć na jednej płycie. To był piękny przykład na to, jak muzycy powinni ze sobą współpracować na scenie, w jaki sposób zespół ma nawiązać kontakt z publicznością i jak należy własną pasję przekazać odbiorcom. Od rozpoczynającego całość „My Church is Black” (znakomity pomysł z tą przeźroczystą kurtyną) do zagranych na bis, pełnych energii „Psycho Killer” (Talking Heads) i „Refill” (Porter Band) byłem świadkiem muzycznego święta. Blues, Country, Rock and Roll, sceniczna żywiołowość, luz, żarty, anegdoty opowiadane między piosenkami, idealnie zaśpiewane przez Portera „Of Sirens, Vampires and Lovers” – tu naprawdę pojawiła się magia; ciężar „Shaman Blues” – ciekawy słowny wstęp Adama, chyba trochę improwizowany, przywołujący na myśl klimat koncertów The Doors (oczywiście, że znam ten klimat tylko z filmów); przebojowość „One Day” – John żartując przytomnie zauważa, że to piosenka, w której Adam śpiewa „Och mój Boże”, ale jest też i miejsce na diabła, bo przecież nie mogło zabraknąć „Better the Devil I Know”. Jasne, tu nikt nie odkrywa nowych lądów, to nie są fundamenty nowego gatunku muzycznego, może też i przytrafi się drobny fałsz, przecież to żywy organizm, a nie komputer, ale całość podana jest z takim smakiem, wyczuciem i wysokim znakiem jakości, że nie sposób przejść obok tego obojętnie. Ja nie potrafię. I spora część fanów też nie. Dodajmy do tego świetnie zagrane i zaśpiewane „Cross My Heart and Hope To Die”, klimatyczne „Voodoo Queen”, żywiołowe „Get Outta This Place”, crowd surfing, Nergala z gitarą spacerującego między publicznością, znakomitą prezencję, formę i kondycję muzyków, bardzo dobre nagłośnienie, entuzjastyczną reakcję ludzi zebranych w klubie… Nie mam żadnych pytań i reklamacji nie przewiduję! I cholernie cieszy mnie fakt, że Adam Darski odnalazł się w tych dźwiękach, zarówno jako gitarzysta i wokalista.

Behemoth zabiera na swoje trasy ciekawe supporty. Me And That Man zrobili to samo. Fertile Hump. Pochodzą z Warszawy. Łączą bluesa z rock ‘n’ rollem. Nie mają w składzie basisty. Perkusiście ktoś podpylił talerze. Grają świetne koncerty. Nie wiem, jak brzmią w wersji studyjnej, ale ta koncertowa jest ze wszech miar udana. Gdybym nie wiedział, to przez moment mógłbym się nawet zastanawiać, czy to na pewno polski zespół… Nasz rock ‘n’ roll niejednokrotnie jest/był czymś obciążony, ma/miał w sobie coś, co kojarzy się z minioną epoką, ustrojem, z ówczesnymi domami kultury… Czy ja wyrażam się w jasny sposób? Tu jednak słyszę, że grają, jakby byli z innej części świata, ale gadają do mnie ze sceny po polsku, przedstawiają się: Magda, Tomek (ten z The Stubs) – słowo daję, facet ma na twarzy wypisane słowo: IMPREZA, Maciek. Zespół wykorzystuje świetny patent, jakim jest śpiewanie na dwa głosy. Znakomicie to brzmi. Jak sami twierdzą, mają „smutne jak chuj teksty pisane w warszawskiej kuchni”, ale koncertowe wykonanie sprawia, że nie mam ochoty na smutek, tylko na dobrą zabawę. Energicznie, z bardzo dobrym brzmieniem. Trzymam za nich kciuki.

Jako pierwszy na scenie pojawił się Sasha Boole. Ukraiński muzyk. Wokalista, który też grał na gitarze, harmonijce, wystukiwał nogą rytm. Prezentował folk-country, z radością śpiewał i opowiadał o swoich piosenkach. Zagrał także w trakcie koncertu Me And That Man, w utworze „Cross My Heart and Hope To Die”. Jego występ był znakomitym wprowadzeniem do dalszej części tego bardzo udanego wieczoru.

Zdjęcia: Owain