Lunatic Soul – Fractured (2017)

Jestem praktycznie na świeżo po koncercie Riverside, jednym z ostatnich w ramach trasy „Towards The Blue Horizon Tour 2017”. Koncert piękny i głęboko zapadający w pamięci. Tak, wiem, to nie recenzja koncertu, ani nowego wydawnictwa Riverside. Do czego więc dążę? A no do tego, że w Riverside zawsze, pomimo świetnych melodii i pięknej melancholii poruszał mnie wokal Mariusza Dudy. Pamiętam, jak bardzo cieszyłem się w 2008 roku gdy dowiedziałem się, że tak zdolny artysta i muzyk, pomimo działalności w swoim macierzystym zespole rozpoczyna karierę solową. Tak oto powstał Lunatic Soul. Wiele rzeczy działo się na świecie od tego czasu, zarówno w życiu Mariusza, jak i jego audytorium, a jego muzyka i kolejne płyty były zawsze gdzieś obok. Tak jest i teraz, w 2017 roku, gdy przed nami ląduje piąta już płyta Lunatic Soul „Fractured”. Czy muzycznie są jakieś zmiany od czasów pierwszych płyt? Tak, teraz na płytach Mariusza (tak już było na przedostatniej „Walking on a Flashlight Beam”) znajdujemy więcej elektroniki i wokalu (bo chyba za to go uwielbiamy) i totalne odstawienie orientalizmu, muzyki typowo instrumentalnej i ilustracyjnej. Muszę wam przyznać, że jestem trochę w kropce. Początkowo uważałem ten album za nieco słabszy od poprzedniczki. To, że jest to płyta lepsza doszło do mnie jakoś z czasem i coraz to częstszym obcowaniem z tym albumem. Słuchałem jej dosłownie wszędzie – w drodze do pracy, w pracy, wracając nocą pustym mpk, albo nawet kładąc się spać ze słuchawkami na uszach. Muzyka pustki, smutku i pogodzenia się z pewnymi rzeczami. O ile na poprzedniczce mogliśmy się kilka razy uśmiechnąć, tak tutaj jest dużo zadumy i minimalizmu. Fajnie, że jest piosenkowo, dużo tutaj zabawy rytmem i jakimś takim żywym pulsem. Jeśli mi nie wierzycie polecam posłuchać kawałka numer cztery – „Red Light Escape”, elektronika jest tutaj tak pięknie wyeksponowana i świetnie współgra z emocjonalnym wokalem, że długo nie będziecie mogli się pozbierać. Podobnie jest z zamykającym „Moving On”, którego Mariuszowi mogliby by pozazdrościć sami „Depesze” ponieważ sami nie nagrali tak dobrego kawałka od dawien dawna. Brakuje wam doskonałych lirycznych ballad? Posłuchajcie „Crumbling Teeth and the Owl Eyes” i „A Thousand Shards of Heaven”, które spokojnie mogłyby się znaleźć na którejkolwiek płycie macierzystej grupy Mariusza. A czemu się nie znalazły? Ano dlatego, że Lunatic Soul to twór, który żyje własnym życiem, powstaje wtedy kiedy jest taka potrzeba – prosto z serca, które dość często mocno krwawi. Co z resztą kawałków? Powiem wam jedno, na bank nie odstają od tych, które wymieniłem wcześniej. Polecam, drodzy czytelnicy sprawdzić to samemu, na własnej skórze – bankowo nie pożałujecie. Nowa pozycja od Lunatic Soul to bardzo dobra propozycja na długie jesienne wieczory – tak wiem, taki typowy recenzencki bełkot na koniec, ale co wam poradzę, że taka jest prawda?