Kobong – Kobong (2018)

Zachwyt grupą Kobong jest dziś zjawiskiem często spotykanym. Sporo osób przyznaje się do fascynacji tym zespołem. Tymczasem gdy wracam pamięcią do drugiej połowy lat 90., spośród wszystkich kolegów, którzy słuchali mocnych dźwięków, pamiętam chyba tylko jednego, z którym można było o Kobong porozmawiać. Fakt, ten człowiek, wzorem innych fanów metalu, też ustawiał sobie na jednej półce kolejne płyty Metalliki, Iron Maiden i Megadeth, ale na półce drugiej można było znaleźć m.in. dyskografię King Crimson, płyty Franka Zappy… Czyli na muzykę o bardziej skomplikowanych podziałach rytmicznych był otwarty. Kolega był też perkusistą i z szacunkiem wypowiadał się o sekcji rytmicznej, która wchodziła w skład Kobong. Ale ja nie o koledze miałem pisać…

Rock, rock alternatywny, metal eksperymentalny – m.in. takimi określeniami opisuje się muzykę, która znalazła się na dwóch płytach zespołu Kobong. Płytach, które znów są dostępne, budzą ekscytację, choć w czasach, gdy ukazały się oryginalnie, nie zawsze spotykały się ze zrozumieniem, a należycie zostały docenione, gdy zespół już nie istniał, a same albumy na aukcjach osiągały absurdalne ceny. Sami muzycy obecnie twierdzą, że to niezrozumienie ich twórczości wiąże się przede wszystkim z albumem Chmury nie było. Z debiutem nie było aż tak źle… I właśnie na pierwszy ogień, jeśli się rozchodzi o wznowienia, idzie krążek, który oryginalnie ukazał się w 1995 roku. Poddany ponownemu masteringowi (Adam Toczko), z bonusowym materiałem, którym jest koncert zarejestrowany w 1994 roku, w warszawskim klubie Remont (miks i mastering – również Adam Toczko). Dwie płyty, dwie książeczki, łącznie 26 utworów. Całość prezentuje się okazale, zarówno pod względem wizualnym, jak i brzmieniowym. Materiał studyjny brzmi zdecydowanie lepiej i nowocześniej. Ale, najważniejsze, jest to muzyka, która po 23 latach od pierwszego wydania nie straciła nic ze swojej mocy. Zdaję sobie sprawę z tego, że trudno w tym gatunku mówić o hitach, ale kompozycje Taka tuka, Trzcinki, Rege, Drzewa, Dzwony są dla mnie właśnie takimi kobongowskimi hitami. Utworami, które lata temu, choć może i nie należały do najłatwiejszych w odbiorze, przynajmniej na samym początku, wbiły mi się w pamięć i dziś z chęcią do nich powracam. Zresztą do całej płyty, która jest dla mnie muzycznym monolitem. Bardzo często w kontekście tego zespołu mówi się o zaawansowanej stronie technicznej utworów, skomplikowanych podziałach rytmicznych, ale myślę, że warto też pochylić się nad tekstami, o których chyba rzadko ktoś wspomina mówiąc/pisząc o tej grupie.

W obfitości znajdziesz nędzę
W narodzinach znajdziesz śmierć
W swej miłości inwestycję
A w zwątpieniu świeżą krew 

Niezłe, prawda? Doskonałym uzupełnieniem debiutu studyjnego jest wspomniany Koncert Remont 1994, czyli materiał, który został zarejestrowany jeszcze przed ukazaniem się pierwszej płyty. Sami muzycy w wywiadzie dla Noise Magazine opisują ten koncert słowami: „Jest to szczenięca faza rozwoju zespołu, aranżacje są jeszcze kostropate, niedopracowane” – Bogdan Kondracki (bas, śpiew). „Dla mnie to tylko szkice, które chcieliśmy ograć, przyjrzeć się im i odrzucić co niepotrzebne przed wejściem do studia” – Wojtek Szymański (bębny, teksty). Po tych słowach może się wydawać, że mamy do czynienia z niepotrzebnym dodatkiem, ale zapewniam, że jest to rzecz, która fanom powinna sprawić wiele radości. Perkusista mówi o szkicach, być może właśnie dlatego koncertowa wersja utworu, który w wersji studyjnej znany jest nam jako Zanim, tu nosi tytuł Walec. Swoją drogą nieźle to oddaje ciężar tej piosenki… Zwróćcie też uwagę, jak bardzo różnią się od siebie „Nawet jeśli” (płyta koncertowa) i „Trzcinki” (album studyjny). Tekst ten sam, ale czy aranżacja i dźwięki identyczne? Choćby właśnie dla takich ciekawostek warto zainteresować się tym materiałem, ale nie tylko, bo muzycy oraz Adam Toczko zadbali o to, by całość naprawdę dobrze zabrzmiała. To nie jest koncert nagrywany przez ścianę na monofonicznym radiomagnetofonie. Jest surowo, głośno, ale czytelnie i z mocą!

Ważna płyta, piękne wznowienie. Rzecz, po którą powinni sięgnąć ludzie pamiętający ostatnią dekadę XX wieku, a także ci, którzy dziś rozglądają się za nieszablonowymi dźwiękami, choć być może nie wiedzą, że takie rzeczy pojawiały się lata temu. To teraz czekam na reedycję „Chmury nie było”, która pojawi się już za chwileczkę, już za momencik…