Ketha – 0 Hours Starlight (2017)

Bądź mną. Słuchaj przez ostatnie 10 lat wszystkiego, co wypuściła Ketha (dużo tego nie było niestety). Zakatuj na śmierć ich najnowszy album. Napisz pieśń pochwalną w internecie. Najgorzej, prawda? Bo nie ma nic nudniejszego niż jakiś typoszczak, który struga wariata do jakiejś przypadkowej płyty, nikt tego i tak nie czyta, ale on musi to z siebie wyrzucić, bo nie jest w stanie utrzymać tej radochy wewnątrz, musi to przelać do notatnika. I tak oto jesteśmy, leci sobie „0 Hours Starlight” po raz nieskończenie któryś, wybrzmiewa ta awangardowo-eksperymentalna muzyczka, a ja jej słucham niestrudzenie, ciągle z bananem na ryju. Ketha w odróżnieniu do poprzedniego materiału (o dźwięcznej nazwie „#!%16.7”) daje nam mniej kompozycji, ale za to dłuższych. W ogóle jest to rzecz naprawdę długa w porównaniu z tym, ile muzyczki było na poprzednich krążkach (a dolatywali w porywach do pół godziny). Jak sobie panowie poradzili w tych 43 minutach tego jakże odświeżającego grania? Po prostu i zwyczajnie doskonale! Nie oczekujcie po tym graniu zawrotnego tempa i morderczej ekstremy. Tutaj ma być inaczej, ale też przy tym przystępnie. Czyli w sam raz do przyjemnego posłuchania. Niezwykle sympatyczne dziwadło, tak bym to określił. Każdy z ośmiu kawałków przynosi całą gamę doznań, które drapią mnie dokładnie tam, gdzie lubię. To po prostu u mnie zajebiście kliknęło. Jest w punkt. Klimatyczna muzyka przy której ani przez chwilę się nie nudzę, nie walczę ze sobą by skupić swoją uwagę, te dźwięki wręcz moją uwagę z łatwością przykuwają, a to jest naprawdę fenomen. Siedzę jak na szpilkach gotowy na każdą kolejną minutę tego materiału za każdym razem podekscytowany oczekując ciągu dalszego. Bez rozdrabniania się, bez rozbijania tego dziełka na poszczególne kawałki, traktuję to jako jedną, lepką i w chuj pyszną masę. Pięknie tu wszystko brzmi, chodzi jak w zegarku, gniecie koszulę i co tylko. Dałem się strasznie ponieść i możecie mnie zamknąć, niczego nie żałuję. Rok się kończy, ja sobie lepszej płyty nie przypominam, dlatego wlepiam „dychę” i niech wali się świat.