Jack Crusher – Soulless Humanity (2017)

Debiutancka płyta Jack Crusher prezentuje się nad wyraz okazale. Zarówno pod względem wydania (choć nie każdy przepada za digipackami), jak i zawartości muzycznej. Wrzucam krążek w otchłań szuflady odtwarzacza, patrzę na wyświetlacz i oddycham z ulgą. Dziesięć piosenek, 40 minut i 43 sekundy muzyki. Ostatnio mam jakieś uczulenie na te wszystkie albumy, których czas trwania przekracza godzinę lub siedemdziesiąt minut. Pewnie mi przejdzie, ale na razie cieszę się z niecałych trzech kwadransów łomotu. Dla takich dźwięków jest to optymalny czas, a gdy dodamy do tego dobrze skonstruowane utwory, to już w ogóle występuje w przyrodzie pełnia szczęścia.

Nie mam zamiaru wypominać muzycznej przeszłości poszczególnym muzykom zespołu. Robią to inni, ja tylko zwrócę uwagę na to, by tą przeszłością specjalnie się nie sugerować. „Soulless Humanity” jest doskonałym dowodem na to, że polska muzyka ekstremalna stoi nie tylko deathmetalowym gruzem, black metalem bądź alternatywnymi eksperymentami. Pochodząca z Buska-Zdroju formacja umiejętnie łączy elementy thrash, groove i hardcore, dodaje do tego trochę melodii, mocarne i zróżnicowane partie wokalne i świetne solówki gitarowe. Ten ostatni element np. w utworze „What Will You Say” – cud, miód i orzeszki! Ale z takimi gitarzystami w składzie można śmiało działać. Jack Crusher na swoim debiucie rozpędza się tylko w kilku momentach (np. zwrotki „One Step Too Far”), ale nie jest to gnanie na złamanie karku. Zespół częściej stawia na ciężar i rytm. Taka muzyka świetnie sprawdza się na żywo, mamy do czynienia z grupą, która gra koncerty, więc nie dziwię się, że komponowanie idzie tą drogą. Uwagę zwracają też sample i dyskretna elektronika – jest to ciekawe urozmaicenie poszczególnych kompozycji (doskonale sprawdza się ten spokojny, ale i mroczny, niepokojący jednocześnie fragment w zamykającym całość „Bloody Sunrise”), i myślę, że w przyszłości zespół powinien śmielej korzystać z tych elementów. Dodatkowym atutem albumu jest mocne, gęste brzmienie i ten przebojowy sznyt, który sprawia, że poszczególne utwory pozostają w głowie.

W kontekście tej formacji spotkałem się już z różnymi porównaniami. Jedni wspominają o Illusion i Acid Drinkers, drudzy wymieniają nazwy Pantera i Lamb Of God, te melodyjne fragmenty mogą przywodzić na myśl Szwedów z In Flames… Jednak „Soulless Humanity” broni się bez tych wszystkich porównań i uważam, że jest bardzo dobrym prognostykiem na przyszłość. Czy jest coś, co bym zmienił? Przerwy między utworami skróciłbym do minimum. Pamiętacie ten zabieg, który zastosował Rick Rubin na „Seasons In The Abyss”? Chłop wiedział, co robi. Po cholerę komu pięć sekund ciszy między metalowymi ciosami… Może to szczegół, ale diabeł przecież tkwi w szczegółach, c’nie?