J. D. Overdrive – Wendigo (2017)

Z J.D. Overdrive zawsze miałem problem. Z płyt gadało to nieźle, jednak nie czułem większej potrzeby żeby do nich wracać. Słuchałem przy premierze, nie męczyły mnie, ale wielką miłością też do nich nie pałam. Na żywo z kolei panowie prezentują się bardzo dobrze i jeśli jest okazja by ich zobaczyć to nie traktuję tego jako zło konieczne, wręcz przeciwnie, chętnie rzucę okiem i uchem. Nie mogę więc napisać, że czekałem na „Wendigo”, ale kiedy przysiadłem do tej płyty miło się zaskoczyłem. Wychodzi na to, że przez ostatnie dwa lata kwartet z Katowic nie próżnował i pomimo wyraźnego southernowego ducha czuć w tych kawałkach, że granice gatunkowe w przypadku J.D. Overdrive nie mają już większego znaczenia. Kapela wyraźnie ewoluuje z płyty na płytę nabierając przy tym luzu i powoli odpuszczając sobie ściganie się z kimkolwiek. Te dziesięć kawałków to kwintesencja stylu zespołu, który przez 10 lat zdołał wypracować sobie już solidną pozycję na Polskiej scenie. Standardowo mamy tutaj sporo bluesowych zagrywek, southernowy klimat i ciężar muzyki metalowej, jednak J.D. łączy to wszystko w swoim stylu i polewa rock’n’rollowym sosem. Całość jest spójna, a przy tym dużo bardziej różnorodna i luzacka od poprzednich dokonań zespołu. Czuć tutaj zabawę muzyką, brak spiny i przede wszystkim świadome podejście do tematu. Brzmieniowo również nie ma się do czego przyczepić, Haldor Grunberg z Satanic Audio stanął na wysokości zadania dzięki czemu suche, piaszczyste przestery nie straciły w ogóle na mocy, a całość tworzy po prostu dobrze zgrany krążek. Gdybym miał komuś polecić album, od którego warto zacząć przygodę z J. D. Overdrive, zdecydowanie poleciłbym „Wendigo” (zaznaczając przy tym by nie zraził się okładką).