Insomnium – Winter’s Gate (2016)

Przyznaję, byłam nieco zdystansowana do nowego materiału Insomnium, kiedy grupa zapowiedziała, że „Winter’s Gate” będzie jedną wielką opowieścią, nie tylko pod względem warstwy lirycznej, ale także i muzycznej. Określenie „album koncepcyjny” nabiera w przypadku nowej płyty mistrzów melodyjnego death metalu jeszcze głębszego znaczenia. Powiem więcej, „koncepcyjny” to w tym przypadku za mało powiedziane. Kiedy rozpakowałam press packa, zdumiałam się nieco. Jedna ścieżka, „jeden utwór” – tak właśnie „wygląda” „Winter’s Gate”. Owszem, słuchając go, poszczególne jego części zaczynają się i kończą (jak poszczególne utwory), jednak są tak ze sobą połączone aby sprawiały wrażenie jednej wielkiej całości. Jeśli dobrze znacie Insomnium, wiecie, że oni potrafią robić takie rzeczy. Ileż to wspaniałych instrumentalnych „przerywników” mamy na poprzednich albumach. I tutaj coś na ten kształt również jest, jednak na tym albumie wszystko jest bardziej jednolite, bardziej do siebie podobne, muzyka płynie i zabiera nas w podróż przez tytułowy winter’s gate.

W warstwę tekstową zagłębiać się nie będę. Wszystko pięknie opisane jest w booklecie, nie tylko opisane, ale w zestawie z nową płytą znajdziecie audiobook’a czytanego przez Niilo w trzech językach. Krótko na temat opowiadania „Winter’s Gate” – wokalista Insomnium napisał go kilka dobrych lat temu i wygrał w 2007 roku konkurs Nova. W 2008 natomiast historia napisana przez Sevanen’a została wybrana jako jedna z czterech najlepszych opowieści z pogranicza fantasy i sci-fi w Finlandii. Ktoś z Was wiedział, że z niego taka zdolna bestia? Ja nie! Tak się zastanawiam, czy wybór „gotowca” nie był przypadkiem przysłowiowym pójściem na łatwiznę i oszczędnością czasu, a może jednak Niilo zechciał się wreszcie pochwalić swoim dziełem. Tak, czy owak, dobre na pewno jest, skoro zostało nagrodzone. Napomknę, że opowiadanie jest inspirowane mitologią skandynawską. Więcej zdradzać nie będę, każdy zainteresowany wczyta się lub wsłucha. Ważniejsza jest dla mnie muzyka…

Wracając do stwierdzenia z początku, był dystans i niepokój, czy po bardzo dobrym „Shadows Of The Dying Sun” taki album jak „Winter’s Gate” będzie na tyle interesujący, by przekonać do siebie takiego zapaleńca jak ja. Już po pierwszym (!) przesłuchaniu okazało się, że przekonał, i powiem więcej, uzależnił od siebie. Jaki jest? Na pewno wyjątkowy. W większości zagranicznych recenzji, które już się ukazały, przewija się określenie „epicki”. I coś w tym jest. Każdy na pewno interpretuje ową „epickość” po swojemu. Dla mnie to przede wszystkim emocje, które w niektórych momentach są tak silne, że wywołują przysłowiowe ciarki na plecach. No ale to przecież nie żadne novum, jeśli chodzi o muzykę Insomnium. Przecież większość osób, które uwielbiają ich twórczość jest do tej epickości przyzwyczajona. Pewnie zastanawiacie się, jak ten album ma się do tych poprzednich. Ano, na pewno niczym nowym was nie zaskoczy. Ale to nie znaczy, że panowie zjadają swój ogon. Nie, powiedziałabym, że jeszcze bardziej eksplorują rejony, które nie tak dawno do swojej muzyki wprowadzili. To na poprzednim albumie pojawia się tak wyraźnie fascynacja progresywnym metalem, ale także blackiem. Tutaj też to mamy. Może tego „progresu” jest mniej, ale jest. I są czyste wokale, minimalnie, ale są. Black jest i to sporo, dla mnie to bez wątpienia najlepsze momenty. Mamy tu również post rockową przestrzeń. Jeśli chodzi o typowy melo death, to nie można pozbyć się skojarzeń z albumami „One For Sorrow” i „Across The Dark”. To, na co zwróciłam szczególną uwagę już przy pierwszym odsłuchu, to gitary. Śmiem twierdzić, że Markus poszalał tu jeszcze bardziej niż na „Shadows…”. Solówek nie brakuje, co pięknie wykańcza materiał. Nic nie zmienia się w warstwie melodyjnej, jak zwykle genialnie dopełnianej przez Aleksi Munter’a. To jest dopiero ciężki orzech do zgryzienia, jak trzeba wskazać ulubione momenty… Bo jak tu wskazać, jak mamy do czynienia z jedną czterdziestominutową kompozycją. No, chyba najlepiej podawać czas! A więc, „moje przystanki” to na pewno od 13:00 i kulminacja w 16:00, czyli post rock przechodzący w doom/death. Od 26:00 Insomnium z „Above The Weeping World”. Ale to, co się dzieje po 30-tej minucie to Insomnium, jakie kocham najbardziej! Jak ja marzę, by kiedyś pokusili się o blackowy materiał… Są w tym fenomenalni! Atmosferyczny black w ich wykonaniu jest naprawdę wyjątkowy! I uwierzcie mi, końcówka „Winter’s Gate” jest jeszcze lepsza niż moje ukochane „Black Heart Rebellion”!

Czuć tę zimę w powietrzu, naprawdę ją czuć! Nie bez przyczyny album swoją premierę ma pod koniec września. Nie przynosi „wiosennej świeżości” jak „Shadows…”, tylko jesienną nostalgię. Tak jak napisałam powyżej, nic nowego was tu nie zaskoczy, wręcz przeciwnie, przeniesiecie się muzycznie do starszych albumów. Taki ukłon w stronę doomowych korzeni. I nic, co znamy z każdego ich albumu, nie zostało na „Winter’s…” pominięte. Na pewno jednak, z racji koncepcji tej płyty, będzie ona gdzieś „z boku”. Przynajmniej ja tak sobie ten album „umiejscawiam”. Pewnie pod jakimś względem jest pewnym „eksperymentem”, ale na pewno mieszczącym się w ramach przewidywalności. Bardzo dobrze słucha się „Winter’s Gate”, a pewnie jeszcze lepiej będzie się go słuchać, kiedy za oknem zrobi się pochmurno i zimno. Wszak Finowie to mistrzowie mrocznej melancholii…