Insomnium, Tribulation (Kwadrat/Kraków, 19.03.2018)

Na koncert Insomnium w Polsce czekałam z niecierpliwością. Ostatnia trasa (w której były dwa polskie koncerty), została odwołana z powodów osobistych wokalisty. W 2014 roku grupa gościła po raz drugi w Polsce – pierwszy raz byli bodaj w 2004 roku, kiedy to byli jeszcze mało znaną kapelą. Insomnium słucham już kilka dobrych lat i jest to jedyny zespół z kręgu melodyjnego death metalu, którego w ogóle słucham. Niestety zespoły tzw. szwedzkiej szkoły nigdy mi nie wchodziły, natomiast fiński skład już jak najbardziej tak. I chodzi tutaj o tę, jak to kiedyś nazwałam „mroczną melancholię” – tak wyjątkową tylko w ich wydaniu. Uwielbiam w ich muzyce przede wszystkim mix różnych elementów, od black metalu, przez doom, post metal i post rock, skończywszy na niesamowitych utworach akustycznych. Na temat muzyki Insomnium i mojego do niej stosunku napisałam cztery lata temu spory elaborat, przy okazji koncertów, w których miałam okazję uczestniczyć w 2014 roku – we Wrocławiu i Krakowie. Koncerty Insomnium mają w sobie fajną energię. Skromni muzycy, którzy traktują granie w zespole jako odskocznię od życia codziennego. Można się więc spodziewać zawsze dobrej zabawy, którą Panowie bez wątpienia gwarantują na żywo. Właściwie poza sceną trudno poznać, że to ci sami ludzie – spokojni i nieco wycofani – typowi Finowie.

Tegoroczne polskie koncerty Insomnium odbyły się w warszawskiej Progresji i krakowskim Kwadracie. Ja tym razem wybrałam jeden koncert, ten w Krakowie. Na tej trasie grupie towarzyszy szwedzki Tribulation. Kapelę tę poznałam dopiero, kiedy trasa Winter’s Gate została ogłoszona. Szczerze powiem, że zespół mi całkiem przypasował i byłam ciekawa jak zaprezentują się na żywo. Całkiem niezłe muzyczne zestawienie. Koncert zapowiadał się mało męcząco, bowiem przede mną były tylko dwie kapele. Jakoś średnio bowiem lubię, kiedy na gwiazdę czeka się niemiłosiernie długo, zwłaszcza wtedy, kiedy mało interesujące są poprzedzające składy. W tym przypadku było dla mnie w sam raz, nie dość, że był tylko Tribulation, to byłam go naprawdę ciekawa.

Koncert rozpoczął się o czasie. Klub nie był przepełniony. Spodziewałam się delikatnie większej liczby publiki. Łatwo było za to poruszać się bez zbędnego ścisku po Kwadracie. Szwedzi szybko pojawili się na scenie. Muszę przyznać, że koncert Tribulation zrobił na mnie wrażenie. Muzyka, którą prezentują to naprawdę ciekawa mieszanka, trudna do określenia. Są na pewno w tym bardzo oryginalni. Jakiś melodyjny black metal w wydaniu retro, to chyba definicja, która na szybko przychodzi mi do głowy. Oryginalny, poza muzyką, jest również ich wizerunek sceniczny, a zwłaszcza jednego z gitarzystów. Mam wrażenie, że Pan skupił na sobie uwagę większej liczby publiczności, skacząc i „wywijając” ubrany w czarne obcisłej getry i buty na małym obcasie. Pewnie nie jedna osoba, widząca go po raz pierwszy, zastanawiała się, czy to przypadkiem nie gitarzystka. Muzycznie było równie interesująco. Ja czekałam głównie na numer „The Lament”, z ostatniego albumu. Bardzo fajnie zabrzmiał na żywo. Generalnie, jak na warunki kiepskiego Kwadratu, wszystko było dość dobrze słychać. Zespół miał bardzo dobre przyjęcie i na pewno był to dobry wybór na tę trasę. Ja jednak nie mogłam się już doczekać gwiazdy wieczoru, czyli Insomnium.

Trasa o nazwie „Winter’s Gate” promuje ostatnie wydawnictwo Finów o tym samym tytule. Gwoli przypomnienia, album jest konceptem opartym o opowiadania napisane przez Niilo, wokalistę grupy. Kiedy płyta trafiła w moje ręce, od razu bardzo mi się spodobała. Teraz, z perspektywy czasu, mogę stwierdzić, że chyba bardziej ją lubię niż poprzednią. Ja zawsze preferowałam tę cięższą, mroczniejszą i bardziej blackową twarz Insomnium. Na „Winter’s Gate” jest tego naprawdę dużo. Płyty słucha się wybitnie. Utwór przechodzi w utwór i pięknie prowadzi do samego końca. Zatem dla mnie osobiście, perspektywa usłyszenia całego albumu na żywo, to coś bardzo wyjątkowego. Byłam podekscytowana i niesamowicie głodna Insomnium na żywo. Niestety okazało się, że pod względem brzmieniowym nie było najlepiej. Gitary za cicho, za głośno sample. Tutaj warto podkreślić, że właśnie utwory z „Winter’s Gate” wypadły pod tym względem lepiej niż druga połowa koncertu. Sam zespół w świetnej kondycji, cieszyłam się zwłaszcza, że obecny był gitarzysta Ville Friman, który jednak często jest podmieniany ze względu na jego brak czasu – jest pracownikiem naukowym jednej z angielskich uczelni – więc bardzo często jest zastępowany przez znajomego gitarzystę. Wszystkie części „Winter’s Gate” wypadły naprawdę dobrze, było ciężko, szybko, mrocznie. Ja najbardziej czekałam na moje ulubione, dwa fragmenty płyty, czyli „część trzecią” i fenomenalną black metalową „siódemkę”. Publika świetnie się bawiła, na środku fani w mosh pit, a także „latający”, których zbierała jakże miła ochrona Kwadratu. W klubie przeważali młodzi i bardzo młodzi ludzie. Z moich obserwacji wynika właśnie, że Insomnium w największej liczbie ma takich fanów. Po odegraniu całej „Winter’s Gate”, chłopaki na chwilę zeszli ze sceny, by pojawić się po chwili przy dźwiękach „Primeval Dark”, a potem „While We Sleep”, z przedostatniego albumu. Zabawie pod sceną nie było końca, a i na scenie muzycy dawali (dosłownie) z siebie wszystko. Potem poleciały kultowe „Mortal Share”, uwielbiany przeze mnie „Down With The Sun” i „Weather The Storm”. Ciekawostką był kolejny numer, z EP-ki „Ephemeral” – o tym samym tytule, zdaje się, że chyba pierwszy raz grany na żywo. Końcówkę koncertu zwieńczył piękny przedstawiciel płyty „Shadows Of The Dying Sun” – „The Promethean Song”. Panowie pożegnali się z nami kompozycją „Only One Who Waits”.

Nie wiem dlaczego, ale pozostał we mnie niedosyt. Niby wszystko było tak jak trzeba, świetna energia, bardzo fajna setlista, a mnie wydawało się, że czegoś podczas tego występu zabrakło. Nie mogłam się oprzeć odczuciu, że nie był to koncert na „sto procent”, i nie chodzi mi tu o zaangażowanie ze strony zespołu, ale o jakiś „brak magii”, która była obecna poprzednim razem na koncertach, na których byłam. A może wtedy działała po prostu magia „pierwszego koncertu”? Być może. Sama nie wiem. Odczucie jednak pozostało. I nie wpływają na to absolutnie wywrotki gitarowe Markusa Vanhala, bo do nich każdy jest przyzwyczajony. Przede wszystkim koncert ten był dla mnie nieco za krótki. Szkoda, że nie poleciały ze dwa, trzy bisy. Myślę, że wtedy byłabym więcej niż zadowolona. Nie zmienia to jednak faktu, że nieprzerwanie Insomnium pozostaje dla mnie jednym z ulubionych bandów i zawsze z wielką ochotą będę szła na ich koncert. Oby kolejna okazja nadarzyła się szybko!

INSOMNIUM

TRIBULATION