Infected Mind – Lost Existence (2017)

Przed nami reedycja pierwszego i jedynego materiału gliwickiego deathrashowego kommando Infected Mind. Czego możecie się po tej płytce spodziewać to na pewno podłe brzmienie oraz relatywnie niedługi czas trwania, bowiem 27 minut później jest już po zawodach. Jednak zanim tam dotrzemy, to czeka na nas klimatyczne intro, cztery srogie kawałki z wokalem i dwa instrumentale. Czacha, najbardziej standardowy i oklepany motyw metalowych okładek, powiedzmy że zwiastuje równie standardowe granie, co poniekąd się potwierdza, bo nie jest to wynalazek na miarę wina z zakrętką, ale znajdzie się za to garść fajnych motywów, dla których ewentualnie warto zapoznać się z Lost Existence. Ot, weźmy chociażby pod uwagę dwa wspomniane instrumentale, które swoim czasem trwania zajmują spory kawał tego krążka. Tak czy kwak, na pewno trzeba w tym miejscu podkreślić, że nie jest to jakiś ponadczasowy materiał. Oczywiście nie wymagam by takie wznowienia dotyczyły tylko wybitnego grania, płyta jest zwyczajnie przyzwoita. Jak na demo, to brzmi to nieźle, a jak na tamte czasy, to mogło to nawet uchodzić wówczas za rarytasik. Jednakowoż, słuchając tego teraz, te 24 lata później, nie mogę niestety z czystym sumieniem powiedzieć, że mnie ten materiał grzeje. Brzmi płasko, dźwięk nie jest najlepszej jakości, ale też wcale się fajerwerków nie spodziewałem. Po prostu uczciwie zaznaczam jak się sprawy mają. Także ichni styl to też nie do końca moja bajka, ale fani staroszkolnego thrashowego „patataj” poczują się jak w domu. Albo jak w ruinach miejscowego zamku, z piwkiem w łapie, w towarzystwie znajomych „czuchrów” w białych adidkach i z odpalonym kaseciakiem. Być może w 1993 roku kopało to jak trzeba, trudno mi powiedzieć, bo wtedy zapierdalałem w osranych majtach z innymi pionierami, ale biorąc pod uwagę próbę czasu, to niespecjalnie macie tu czego szukać, przynajmniej Wy, zwykli zjadacze metalu mojego pokroju. Wydawnictwo dla historyków, ciekawskich i dla naprawdę największych zapaleńców.