Indignity – Realm of Dissociation (2017)

Pierwsza płyta Indignity i już się znalazła wytwórnia chętna do współpracy, tak trzeba żyć, tak trzeba grać brutalny death metal. Idealne, równiutkie i klasyczne pół godziny mielenia prosto z Rybnika, miasta kilku zacnych trup muzycznych takich jak chociażby Cortege, Crawling Death czy Moulded Flesh. „Realm of Dissociation” dostarcza czterech solidnych ostrzegawczych kopniaków w potylicę. Żaden nie odstaje od pozostałych, każdy stanowi pigułę rozpierdolu. Co więcej, jest to muzyka przyswajalna w dowolnych dawkach, jeden kawałek na raz, kilka z nich bądź nawet cała płyta, za każdym razem robi to robotę i wstrzykuje do krwiobiegu odrobinę brutalizatorskiego trankwilizatora, po którym jestem spokojny i mogę z bananem na ryju dziarsko kroczyć przez znoje i gnoje życia, podczas gdy po bani rozbijają mi się te świńsko-niedźwiedzie wokalizy, charakterystyczne dla gatunku riffy i nawet całkiem fajne solówki, co chyba często w tych kręgach się nie pojawia, ale zresztą, co ja tam wiem. Wystarczy się nausznie przekonać. Ja byłem kupion tak mniej więcej po minucie, więc wesoła ekipka z Indignity zdecydowanie wie, co robi i jak to zrobić, żeby człowieka przykuć na dłużej do swojej łupaniny. Mi death metalu nigdy mało, a kiedy jest to przyjemnie dopracowany brutal, który nie nuży, to dzień mam zrobiony. Prawdziwie mięsista masakra. Moja skromna osoba jest ukontentowana, toteż myślę, że każdy fascynat gatunku będzie w podobnym stanie, a pozostałych nawet nie zamierzam próbować przekonać, bo kto ma takie wymiociny znać i szanować, ten prawdopodobnie już to robi. Żegnam się z państwem na tle zachodzącego rzygu i życzę równie miłego odsłuchu tej pięknej audycji.