Incantation – Profane Nexus (2017)

Czołówka amerykańskiego death metalu ma się dobrze w tym roku, mieliśmy już porządne ciosy od Immolation, Suffocation czy Decrepit Birth, na jesień zapowiedziane jest nowe Cannibal Corpse, a tutaj zajmiemy się jedenastym już albumem Incantation. Swoje już zrobili w tej blisko trzydziestoletniej karierze, ale ani myślą o spuszczaniu z tonu, jeno w głowach im spuszczanie wpierdolu. Co tu kryć, siadła mi ta płytka od pierwszego wejrzenia. Szczególną uwagę zwróciłem na pozornie nieważne rzeczy, czyli kompozycje trochę mniej standardowe, które przełamują konwencję pod tytułem „10 kawałków i nie kombinujemy”, bo właśnie trochę kombinatoryki się tu pojawia. Pierwszym zaskoczeniem był dla mnie megawolny kawałek „Incorporeal Despair”, który spokojnie mógłby wejść na jakiś funeral doom metalowy album. Tutaj jest jednak niedługim wtrętem, który fajnie przełamuje tą całą kanonadę. Jeszcze krótszy jest następujący po nim „Xipe Totec”, który sprowadza szybki łomot w ciągu zaledwie jednej minuty. Trzecim takim smaczkiem jest tutaj kawałek o niezwykle długim tytule „Stormgate Convulsions from the Thunderous Shores of Infernal Realms Beyond the Grace of God”, który wrzuca nam na chwilę ciutkę ambientów i deszczu w tle. Reszta stawki to doskonałe śmierć metalowe rzemiosło zagrane w szerokim spektrum tempa, bo zdarzają się tu i zapierdalacze i kawałki naprawdę wolne, co tylko dopełnia zróżnicowania, a te z kolei tak bardzo przyczyniało się do tego, że spędziłem z tą płytą dużo czasu przed jej premierą. Bez pośpiechu pożerałem „Profane Nexus” czy to w całości, czy też fragmentarycznie, za każdym razem z nieukrywanym bananem na twarzy. Jest to album odpowiednio śmierdzący, dopracowany i na tyle ciekawy, że nie ma mowy o tym, by poszedł w rychłą odstawkę. A wisienką na torcie jest wizytówka tej płyty, czyli jej okładka, która przykuła moje oko od razu jak tylko pojawiła się zapowiedź. Promujący ten krążek „Rites of the Locust” wypłacił mi bez żenady szybkiego plaskacza i już wiedziałem, że to będzie my cup of coffee. „Profane Nexus” rozbrzmiewa w moich słuchawkach często i gęsto, co samo w sobie jest rekomendacją. Proszę się zatem wygodnie usadowić, piwko lać prosto do papuchy oraz wciskać „play” przy każdej możliwej okazji. Majestetyczny skurwol z tego albumu.