Illusion – Anhedonia (2018)

Kiedy ostatnio sięgałem po płytę tego zespołu? Nie pamiętam. To musiało być jeszcze w ubiegłym wieku. Przyznaję, że pojawiła się taka chwila, gdy straciłem Illusion z oczu. Oczywiście, odnotowałem fakt, że formacja w pewnym momencie rozstała się ze sceną, później na nią wróciła, w międzyczasie pojawiły się reedycje starych płyt, a po powrocie grupa wzbogaciła swoją dyskografię o dwa tytuły.

Anhedonia – brak odczuwania radości z elementarnych przejawów życia. To objaw, który towarzyszy wielu zaburzeniom psychicznym, nie tylko depresji. Anhedonia – to także tytuł szóstej studyjnej płyty zespołu Illusion. Drugiej, która ukazała się po powrocie grupy na scenę muzyczną.

Gdy włożymy płytę do odtwarzacza, na wyświetlaczu pojawi się informacja, że czeka nas czterdzieści minut muzyki, jedenaście utworów. Nie jest to do końca prawda. Nowy album Illusion to dziesięć piosenek, które łącznie trwają trzydzieści trzy minuty. Ten jedenasty track jest zwyczajnym wygłupem, w którym po kilkuminutowej ciszy słyszymy jakieś żarty pochodzące z sesji nagraniowej… Ale proszę mi uwierzyć, że ta główna część płyty jest ze wszech miar udana i porywająca. Zapomnijcie o eksperymentach. Tomek Lipnicki ze swoją ekipą postawił na materiał prosty, bezpośredni, cholernie ciężki i brutalny. Naprawdę nie trzeba łoić death metalu, by stworzyć płytę, którą śmiało można określić tym oto staropolskim mianem: srogi wpierdol! Nie potrafię inaczej myśleć o tej muzyce. Część płyt z muzyką metalową ma się nijak do tego, co wylewa się teraz z moich głośników! I piszę to zupełnie poważnie. Choć całość robi piorunujące wrażenie, muszę przyznać, że po pierwszym przesłuchaniu zostały mi w głowie dwa utwory. Pierwszy i ostatni. Najbardziej melodyjne, można powiedzieć, że przebojowe, choć z drugiej strony, czy to określenie pasuje do kompozycji, której tekst rozpoczyna się od słów: „A gdybyś tak utracił dziecko swe…”? Nie zmienia to jednak faktu, że „Kto jest winien?” i „Zanurzam się” są tymi utworami, które ze względu na melodię od razu wbijają się człowiekowi w pamięć. W tym drugim zwraca uwagę bluesowo brzmiący wstęp – to tylko kilka nut – do właściwej solówki gitarowej. Nie ma na tej płycie zbyt wielu ozdobników, ale właśnie takie rozwiązania są znakomite i świadczą o wyobraźni muzyków. Na chwilę wytchnienia możecie liczyć tylko w przypadku wstępów do utworów „Od zawsze donikąd” i „Okruchy udręki”, ale następujący po tych kilku dźwiękach atak sprawia, że o wytchnieniu szybko zapominamy. Płyta fenomenalnie brzmi. Selektywnie, przestrzennie, potężnie, ale też z brudem, głośno i agresywnie. Miażdżące riffy, mordercza perkusja (ten rytm jest naprawdę cholernie mocny!), brutalne partie wokalne (co ważne, przy tej całej agresji wylewającej się z gardła Lipy, dokładnie słychać każde słowo!). Proste i oczywiste rozwiązania, ale nadal robiące porażające wrażenie. Dużo tu mroku, i nie mam na myśli wyłącznie skąpanej w czerni okładki. Mrok wylewa się z dźwięków i tekstów, choć przecież Lipnicki nie śpiewa o mordowaniu aniołów i zjadaniu nagrobków. Problemy, które nękają społeczeństwo, kondycja współczesnego świata i człowieka – te tematy są mu zdecydowanie bliższe. W „Śladem krwi” usłyszycie Litzę, „Metamorfoza” przytłoczy was energią, agresją i ciężarem (ta perkusja!!!), a w „Tchórzu” zwrócicie uwagę na zróżnicowane partie wokalne.

Znakomita, bardzo konkretna płyta, może nawet najbrutalniejsza w ich karierze. Czy najlepsza? Nie wiem, oceńcie sami. I powiem szczerze, że obecnie Illusion jest jednym z niewielu zespołów, za którymi ciągnie się jakaś legenda lat 90. ubiegłego stulecia i które chciałbym zobaczyć na żywo. Proszę udostępnić mi wydarzenie, gdy zaplanują koncert w Rzeszowie lub Przemyślu.