Iggy Pop – Post Pop Depression (2016)

Ojciec chrzestny punk rocka, który w swojej twórczości sięgał m.in. także po znane francuskie piosenki lub utwory o zabarwieniu jazzowym, powrócił do repertuaru rockowego i momentami zdecydowanie gniewnego. To dobra wiadomość dla wszystkich fanów tego artysty. Nawet jeśli ten zbliżający się do siedemdziesiątki artysta miałby zakończyć wkrótce swoją karierę, choć tego nie potwierdza, tez nie zaprzecza, ot tak, rzuci jakimś nie do końca jasnym stwierdzeniem w wywiadzie… Ta płyta jest znakomitym ukoronowaniem jego kariery.

Post Pop Depression” należy traktować jako kolejną płytę Iggy’ego Popa, ale trudno się dziwić, że każdy zwraca uwagę na skład muzyków, którzy pod tą płytą się podpisali. Z ich pozycji i wkładu zdaje sobie też sprawę główny sprawca całego zamieszania, bo mało tego, że okładka przedstawia wspólne zdjęcie muzyków, to jeszcze na tej okładce widzimy ich nazwiska. Joshua Homme (również producent tej płyty), Dean Fertita, Matt Helders. Nazwy grup Queens of the Stone Age, The Dead Weather, Arctic Monkeys chyba mało komu są obce… Jaka jest ta płyta? Zróżnicowana, to na pewno. Na pewno dojrzała, mądra, raczej prosta, powściągliwa i oszczędna w aranżacjach. Ale w tej prostocie tkwi jej siła. Czasem potrafi też zaskoczyć. Myślę tu na przykład o ostatniej minucie utworu „Sunday”, w której pojawiają się kobiece wokalizy, dźwięki skrzypiec, altówki, wiolonczeli… Bardzo lubię brzmienie tego albumu. Z jednej strony nie brak tu brudu, pogłosów, czasem i kakofonii, ale pojawiają się tu także takie utwory, jak „Chocolate Drops” – trochę balladowy, jak najbardziej bujający z pięknie brzmiącą gitarą hawajską – które wnoszą trochę światła do tej momentami też ponurej i posępnej płyty. Śpiewający coraz niższym głosem Iggy (w kilku miejscach jest pięknie wspomagany przez Homme’a) nie przytłacza swoją obecnością kolegów z zespołu. Zwróćcie uwagę na świetną sekcję rytmiczną. Na to jak brzmi i jak ważną rolę pełni gitara basowa. Utwory „Gardenia”, „American Valhalla”, „In The Lobby” i „German Days” są tego najlepszym przykładem. Trudno też nie zauważyć tego, że nad tą płytą unosi się duch Davida Bowiego, ale każdy, kto choć trochę zna wspólną historię tych artystów, chyba nie czuje wielkiego zaskoczenia… Pop śpiewa, recytuje, od czasu do czasu krzyknie, z rzadka rzuci też „fuckiem”- świetnie się to sprawdza w zamykającym całość „Paraguay”, w którym główny bohater albumu rozbraja słuchacza, gdy do znakomitego tekstu (swoją drogą, teksty są mocną stroną tej płyty) bez problemu wrzuca „Tra la la la la la la la la la…”. Na wyróżnienie zasługuje też kapitalna druga część utworu, z tym narastającym, agresywnym rytmem, udowadniająca, że w Popie cały czas jest obecny ogień.

Ponoć wszystko rozpoczęło się od wysłanego do Homme’a SMS-a, w którym Iggy zasugerował, że może warto by było zrobić coś wspólnie… Materiał, który powstał bez wielkiego rozgłosu (wydawca podkreśla, że muzycy nagrywali w wielkiej tajemnicy, pełnej niezależności i bez pomocy finansowej żadnej wytwórni), brzmi autentycznie. Ma w sobie doświadczenie wiekowego buntownika i talent młodszych kolegów. Część utworów hipnotyzuje, ma w sobie jakąś poetyckość i filmowy klimat, momentami jest leniwa, zdarzy się, że jest też i monotonna, ale ileż w tym uroku! Bardzo dobra płyta, do której z całą pewnością będziemy powracać.