Horncrowned ‎- Proelium (2016)

Horncrowned to kolumbijskie trio działające na scenie już od wielu lat. Na swoim koncie mają sporo materiałów różnego rodzaju – epki, koncertówka, split no i oczywiście długograje, których panowie wypuścili do tej pory cztery. Ja kojarzę tylko ich drugą płytę „Satanic Armageddon”, która większego wrażenia na mnie nie zrobiła i z tego co zdążyłem się zorientować przeszła raczej bez echa. W ogóle o tym zespole jest cicho i słuchając najnowszej epki „Proelium” w zasadzie można domyślić się dlaczego. Horncrowned stawia w black metalu na szybkość, brutalność i nieokrzesanie. Mamy więc do czynienia z naprawdę intensywnym napierdolem w stylu starego Marduka. Przy tym jest on jednak mocno monotonny i na dłuższą metę trochę męczący. Wszystko zagrane jest tu bardzo sprawnie, dzieje pozornie sporo ale niestety koniec końców nic z tego nie wynika. Taki wpierdol dla samego wpierdolu, bez konkretnego pomysłu na siebie. Kawałki takie jak „Steel Caterpillars (Ferrum Draco)” czy „Devouring the Almighty (Trihexa)” mają potencjał ale brakuje im chwytliwości, czegoś co wkręciłoby się do głowy przy ich słuchaniu. Dużo na tej epce powtarzalności, tłuczenia non stop tych samych patentów. Całość zdaje się być bezpłciowa i zupełnie nie mam ochoty do tego materiału wracać. Po czterech autorskich kompozycjach mamy jeszcze covery Unlord i Infernal. Słaba to zachęta, ale własnie te covery (zwłaszcza Infernal) podobały mi się na tym wydawnictwie najbardziej. Drugie podejście do Horncrowned i niestety drugi zawód.