Herbie Hancock. Autobiografia legendy jazzu.

Według Jazz Journalists Association mamy tu do czynienia z książką roku 2015. Jedno jest pewne: czy zgadzamy się z tym werdyktem, czy nie, warto sięgnąć po tę pozycję. Nawet jeśli nie jesteśmy największymi fanami jazzu, a wśród kolekcji płyt znajdują się zaledwie dwa lub trzy tytuły, których autorem lub współautorem jest ten wybitny muzyk.

Pierwszy rozdział tej opowieści rozpoczyna się krótkim opisem koncertu, który odbył się w sali koncertowej w Sztokholmie. Lata sześćdziesiąte. Herbie gra na fortepianie z Kwintetem Milesa Davisa (Miles bardzo często pojawia się na kartach tej książki). To był świetny skład. Wielcy muzycy: Tony Williams, Ron Carter, Wayne Shorter, Davis i Hancock. Herbie przywołuje moment, gdy grając, uderzył akord, który do niczego nie pasował. Zły dźwięk. Miles wykorzystał to w taki sposób, że na bardzo krótką chwilę umilkł, po czym zagrał coś, co wyprostowało akord Herbiego. Fałszywą nutę zamienił w dźwięk doskonały. Dla autora tej autobiografii była to, jak sam przyznaje, jedna z wielu lekcji, jakie otrzymał od Mistrza.

To naturalne, że każdy człowiek wybiera bezpieczną ścieżkę. Wolimy robić rzeczy, które zagwarantują nam zwycięstwo, niż korzystać z szans, jakie daje nam los. To właśnie antyteza jazzu, w którym liczy się chwila. Jazz polega na życiu w danym momencie”. Ta książka pokazuje, że Herbie nauczył się wykorzystywać szanse. Dziś może mówić o sobie nie tylko jako o muzyku, który współpracował z największymi i jest laureatem nagród Grammy, ma na swoim koncie Oscara za muzykę do filmu „Około północy”, ale także jako o Ambasadorze Dobrej Woli UNESCO, nauczycielu, który w 2014 roku wykładał na Harvardzie, praktykującym od ponad czterdziestu lat buddyście, mężu, ojcu i człowieku, który jest wolny od ćpania (był uzależniony od cracku) i picia alkoholu.

Gdy miał sześć lat, bezmyślnie uderzał w klawisze fortepianu należącego do jego przyjaciela. Rok później dostał od rodziców używany fortepian, który leżał w piwnicy kościoła. Swoje dzieciństwo zapamiętał jako szczęśliwy okres. Choć nie brakowało gorszych chwil (m.in. objawy rasizmu typowe dla Ameryki lat czterdziestych i pięćdziesiątych, zaburzenia maniakalno-depresyjne matki…), Herbie wolał skupiać się na dobrych stronach. Podkreśla to mówiąc, że jest i zawsze był optymistą. Ważną rolę w muzycznej przygodzie spełniła matka Hancocka, która chciała swoje dzieci zarazić miłością do kultury i sztuki. Od najmłodszych lat Herbie słuchał muzyki Czajkowskiego, Beethovena, Mozarta… Poznawał podstawy muzyki klasycznej, ucząc się gry na fortepianie. Mając 11 lat, wygrał konkurs organizowany przez Chicagowską Orkiestrę Symfoniczną. W dzieciństwie uwielbiał nauki przyrodnicze i urządzenia mechaniczne. Jak sam przyznaje: „Całymi godzinami rozkręcałem zegarki i tostery, bo chciałem wiedzieć, jak działają”. Nie dziwi więc fakt, że w przyszłości Hancock będzie przekraczał granice muzyczne m.in. dzięki najnowszym technologiom. Będzie współpracował z ludźmi, którzy tak jak on chcieli odkrywać nowe rzeczy. Nowe instrumenty, komputery, syntezatory, cyfryzacja, technologia samplowania… Ten świat zafascynuje Hancocka. Na kartach tej książki przeczytacie o kolejnych wcieleniach legendy muzyki. Od skomponowania utworu „Watermelon Man”, współpracy z legendarną wytwórnią Blue Note, założenia własnego wydawnictwa Hancock Music, przez dołączenie do Kwintetu Milesa Davisa, tworzenie płyt z muzyką filmową (m.in. dla Antonioniego), powołanie do życia własnego sekstetu, stworzenie grup Mwandishi i Headhunters, nagrywanie pierwszego teledysku (hit „Rockit”), do fascynacji filozofią buddyjską (od tego momentu Herbie myśli o sobie przede wszystkim jako o człowieku, a nie tylko muzyku), życia rodzinnego, skomplikowanych relacji z własną siostrą, walki z nałogiem, a nawet nagrywania programu z Kermitem i Świnką Piggy, choć akurat ten odcinek Muppetów nigdy się nie ukazał…

Autobiografia Hancocka, napisana we współpracy z Lisą Dickey, pokazuje człowieka, który potrafi odnaleźć się w różnych gatunkach muzycznych. Muzyka klasyczna, jazz, funk, hip hop, rock, R&B i pop… To opowieść o muzyku, który dla wielu osób jest akustycznym pianistą, a który jednocześnie miał odwagę wyjść na scenę z przenośnym syntezatorem, grać muzykę elektroniczną i śpiewać piosenki z elementami stylu disco… Otwartość, uniwersalizm i odwaga. Jazzman, który nie bał się tworzyć dla szerokiego kręgu odbiorców. Fascynująca lektura.