Helloween – Pumpkins United (28.11.2017, Warszawa, Hala Koło)

Ponoć nie powinniśmy ulegać sentymentom. Ponoć nie powinniśmy jeździć na koncerty starych dziadów. Ponoć lepiej wybrać się na koncert jakiegoś młodego jedno- lub dwuosobowego projektu, który ma do zaoferowania trochę krzyku do mikrofonu na tle dźwięków puszczonych z laptopa. Ponoć… No cóż, ja sam jestem już starym dziadem, więc z prawdziwą przyjemnością jeżdżę na takie występy, jak ten, który miał miejsce w zimny (choć atmosfera w hali była gorąca), listopadowy wieczór. Niemiecka legenda heavy metalu zagrała świetny koncert i nie wyobrażam sobie, że ktoś mógł poczuć się rozczarowany. Sentymentalna podróż w czasie? Tak! Ale na najwyższym poziomie.

Dzięki trasie Pumpkins United World Tour na jednej scenie zobaczyliśmy w sumie siedmiu muzyków Helloween. Na kogo najbardziej czekaliśmy? Odpowiedź może być tylko jedna: Kiske i Hansen. Kim są dla fanów zespołu, chyba nie muszę tłumaczyć, a że byli w fantastycznej formie, to radość była jeszcze większa. Trzygodzinny koncert (choć zdarzały się głosy, że mogli to zmieścić w dwóch godzinach), świetna produkcja, bardzo dobre nagłośnienie, wyborna setlista, a do tego zabawne animacje wyświetlane na dużym telebimie, konfetti, balony… Może i ma to coś w sobie z kiczu (mam na myśli te ostatnie trzy elementy), czy jak się wyraził mój znajomy, obwoźnego cyrku, ale to tylko dowód na to, że sam zespół nie traktuje siebie ze śmiertelną powagą i po prostu stawia na dobrą rozrywkę. Jak wyglądają relacje wewnątrz zespołu poza sceną? Nie wiem. Być może się kłócą i nie mogą na siebie patrzeć (znane są takie przypadki), być może robią to tylko dla kasy (takie przypadki też są znane), być może po koncercie każdy wsiada do oddzielnej limuzyny (o takich przypadkach też słyszeliśmy, c’nie?), ale prawda jest taka, że na scenie bawią się znakomicie i doskonale ze sobą współpracują. Energia, uśmiech, świetny kontakt z publicznością.


Moja przygoda z tym zespołem rozpoczęła się w drugiej połowie lat 80. Gdy z audycji Muzyka Młodych nagrywałem na taśmę „Keeper of the Seven Keys: Part I”, nie przypuszczałem, że ponad ćwierć wieku później zobaczę grupę w tym składzie, a w setliście koncertu znajdą się takie utwory, jak: „Halloween” (zagrane na samym początku), „I’m Alive”, „Future World” (ten numer znalazł się w części bisowej), „A Little Time” i „A Tale That Wasn’t Right”. Przyznaję, że łza się w oku zakręciła, choć włosów sobie nie wyrwałem, więc histerią fana tego nie można nazwać. Muzyczny wehikuł czasu wylądował też w roku 1985, gdy przed mikrofonem stanął Kai Hansen i sięgnął wraz z kompanami po utwory pochodzące z albumu „Walls Of Jericho”. Gdy z głośników popłynęły dźwięki wiązanki „Starlight”/”Ride The Sky”/”Judas” oraz „Heavy Metal (Is The Law)”, mogliśmy mówić o najmocniejszym momencie koncertu. Najmocniejszym w sensie dosłownym. Na przeciwległym biegunie leżały bardziej nastrojowe kompozycje, te z ery Derisa, – „If I Could Fly” czy zaśpiewane przez duet Deris-Kiske „Forever and One (Neverland)”. Pod względem wokalnym to był wyborny wieczór. Na pierwszym miejscu ustawiam Michaela Kiske, zresztą to ze względu na jego obecność w składzie wybrałem się do Warszawy. Moim zdaniem zaprezentował się doskonale, choć trochę pogubił się w „Eagle Fly Free”, ale może następnym razem tego nie zrobi. Bo w sumie mam nadzieję na następny raz. Ta trasa jest sukcesem frekwencyjnym, co chyba nikogo nie dziwi.

Wracając do warszawskiego występu, nie zawiódł Deris, który jest bardzo dobrym frontmanem, a duety z Michaelem czy osobne wykonania poszczególnych piosenek, w tym „I Can”, „Sole Survivor” lub „Power”, były bardziej niż udane. Zachwycali gitarzyści. Szybkie i melodyjne solówki są prawdziwą ozdobą piosenek tego zespołu, a Hansen, Weikath i Gerstner są stworzeni do grania takich partii. Muszę wspomnieć też o jeszcze jednym momencie tego występu. Może i nie jestem wielkim fanem solowych popisów poszczególnych muzyków na koncertach, ale ten pomysł, który był perkusyjnym hołdem dla tragicznie zmarłego Ingo Schwichtenberga, zrobił na mnie, i nie tylko na mnie, bardzo pozytywne wrażenie. Archiwalny materiał z VHS i „pojedynek” z obecnym perkusistą – piękny gest.

Ponoć prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale jak kończą. Helloween zaczęli wybornie – „Halloween” i „Dr. Stein”. Zakończenie też było wspaniałe – „Future World” i „I Want Out”. Czy można lepiej? Ponad trzy tysiące fanów oklaskiwało ten występ. Wśród publiczności sporo dojrzałych słuchaczy, ale trudno się dziwić. Helloween dla wielu z nas to jedna z najważniejszych grup naszej wczesnej młodości. I warto zobaczyć obecny skład w akcji, nawet jeśli według niektórych jest to nic innego, jak tylko jazda na sentymentach publiczności.