Hallatar – No Stars Upon The Bridge (2017)

Zwykle słucham doom metalu z domieszkami, najlepiej w połączeniu z melo death, bądź takiego ocierającego się o gotyk, metal progresywny lub post metal. Najrzadziej słucham „czystego” doom’u i funeral doom’u. Poza tym u mnie pora na doom przychodzi dopiero w drugiej połowie roku, ale myślę, że pod tym względem nie jestem wyjątkiem. Naturalnym jest, że najbardziej sprzyjająca aura to ta, która towarzyszy miesiącom jesiennym. Długie, zwykle deszczowe i coraz chłodniejsze wieczory, nostalgia, która wdziera się drzwiami i oknami, przysłowiowa „jesienna deprecha” – to wszystko nastraja mnie do słuchania tego specyficznego gatunku metalu.

Jeśli mowa o doom metalu, to u mnie sprawa dotyczy (prawie tylko) kapel pochodzących z jednego (praktycznie) kraju – Finlandii. Tam bowiem, w mojej opinii, produkowany jest najlepszy doom, gotyk i melo death – czyli wszystkie gatunki, w których najważniejszą rolę spełnia melodia, atmosfera, nastrój. Prawda jest taka, że większość fińskich zespołów albo ze sobą współpracuje, albo „wypożycza” sobie nawzajem muzyków, stąd naprawdę sporo kapel, które robią piękną, wartościową muzykę, przesyconą emocjami i niezwykłym klimatem. Takim zespołem jest dla mnie przede wszystkim Swallow The Sun. Kapela, która powstała dokładnie siedemnaście lat temu i której pierwsza płyta „Morning Never Came” na zawsze wywróciła moje postrzeganie, a może raczej – moje odczuwanie doom metalu. Za tymi wszystkimi niezwykłymi dźwiękami stoi niesamowity muzyk – gitarzysta i kompozytor – Juha Raivio. Tak, to ten pan, którego znakiem rozpoznawczym są, jak ja to nazywam, „płaczące gitary”. Uwielbiam je, zarówno w STS, jak i Trees Of Eternity. Trees Of Eternity to trochę inny projekt, jeszcze bardziej skupiony na emocjach, w głównej mierze budowanych przez wyjątkowy wokal Aleah Starbridge – byłej partnerki życiowej Juha. Dlaczego byłej? Bo niestety nie ma jej już na tym świecie. Młoda, piękna i niezwykle utalentowana artystka odeszła początkiem ubiegłego roku po kilku latach zmagań z chorobą nowotworową. Juha Raivio po jej śmierci, na dość długi czas zniknął, nie kontaktował się ze swoimi fanami, nie grał koncertów. Zrozumiałe. Ostatni album Trees Of Eternity, który razem stworzyli jest przesiąknięty nostalgią, mierzeniem się z przeciwnościami losu, pewnym rozrachunkiem. To przepiękne dzieło i niezwykle poruszające. Ale ta recenzja nie dotyczy ani Swallow The Sun, ani Trees Of Eternity. W kilka miesięcy po śmierci Aleah, Juha ogłosił, że w 2017 roku wyda płytę ze specjalnie skomponowanym materiałem do nigdy nieopublikowanych tekstów i wierszy swojej ukochanej. Tak też się dzieje. W październiku swoją premierę będzie miał album „No Stars Upon The Bridge” specjalnie powołanego projektu o nazwie Hallatar.

Juha odkrywał karty powoli. Hallatar, jak sam przyznaje, to próba poradzenia sobie z pustką po śmierci bliskiej osoby, ale przede wszystkim to chęć podtrzymania ducha twórczości Aleah. Kiedy dowiedziałam się, kto będzie współtworzył Hallatar, to miałam już pewność, że nie będzie to „zwykły” album. Obok Juha (gitara, bas), na wokalu – Tomi Joutsen z Amorphis, a za perkusją Gas Lipstick (ex-HIM). Najpierw dostaliśmy utwór promujący płytę „Mirrors”, do którego powstał mroczny teledysk. Ta kompozycja pokazuje z czym mamy do czynienia na „No Stars…”, ale nie tak do końca… Do promocji albumu bowiem wybrany został najcięższy i najbardziej doom’owy utwór z całego zestawu. W „Mirrors” niesamowitą robotę wykonuje Joutsen. Ciężko znaleźć metalowego wokalistę z takim rozległym kolorytem w głosie, jaki posiada Tomi. Kompozycja naprawdę przytłacza i wprowadza nas w klimat całego albumu – jest to utwór otwierający płytę.

Materiał tworzy dziewięć osobnych historii, które stanowią kolejne rozdziały opowieści. O tekstach zawartych na tym albumie trzeba by było się rozpisać. Osobiste refleksje nad życiem w formie poezji. Tak sobie myślę, czy ktoś mógłby te teksty lepiej zinterpretować niż Tomi, zapewne nie… Oprócz niego w utworze „My Mistake” pojawia się wokalistka Draconian, Heike Langhangs – bliska przyjaciółka Aleah. Heike recytuje także w „Raven’s Song”, „Pieces” i „Spiral Gate” – wymienione tytuły to przerywniki pomiędzy utworami. Cudownie wprowadzają w klimat. Album jest zbudowany jakby z dwóch części, choć nie następujących po sobie. Powiedziałabym raczej, że emocje się ciągle mieszają. Raz dostajemy ciężar, mrok, ból, innym razem chwilę „wytchnienia”. Taką chwilę przynosi połowa płyty, czyli „Severed Eyes” – mój numer jeden. Piękna akustyczna kompozycja z magicznym wokalem Joutsen’a. Mogłabym ją odtwarzać na okrągło. Mimo, że płyty powinno się słuchać od początku do końca, to na pewno każdy odnajdzie tu „swoje” utwory. Jeśli mowa o jeszcze większym „walcu” niż „Mirrors”, to należy wskazać kompozycję numer siedem „The Maze” – tu ocieramy się już o typowy funeral doom – ciężar, bardzo wolne tempo i dosłownie „rozdzierający” wokal. Gdzieś w podobnym tonie utrzymuje się „Melt”, choć tu emocje się nieco różnicują. Najbardziej jednak wyjątkowa na całym albumie jest ostatnia kompozycja „Dreams Burn Down” – „Alcest’owe” wejście wywołujące ciarki na plecach wprowadza w niesamowicie smutny klimat. Nie mamy już wątpliwości, że coś się kończy, że nic nie będzie już takie jak kiedyś. Jak niesamowicie, za pomocą dźwięków można opisać takie emocje… Można. To szczególny utwór jeszcze z jednego powodu, śpiewa w nim sama Aleah. Nie wiem kiedy powstała jej linia wokalna, czy miała powstać dla Trees Of Eternity… być może. Jej eteryczne, delikatne wstawki przeciwstawiane są brutalnemu wokalowi Joutsen’a. Bez wątpienia najpiękniejszy utwór na płycie.

Doom metal, a miejscami nawet funeral doom. I tu słowo „funeral” nabiera nowego znaczenia. I tak sobie myślę, chyba nie dałoby się innym gatunkiem muzycznym lepiej „opowiedzieć” o odchodzeniu, śmierci, pustce po stracie i głębokim smutku. Wydaje się, że doom metal najlepiej się do tego nadaje. A ten doom, który wychodzi spod palców Juha Raivio już szczególnie. „No Stars Upon The Bridge” to album do przeżywania. Należy go słuchać w ciszy, samotności i kontemplacji. Najlepiej późną nocą, patrząc co jakiś czas w gwiaździste niebo. Jestem pewna, że tak tę muzykę pisał jej kompozytor. Wystarczy pooglądać zdjęcia, które w tym okresie zamieszczał na swoich stronach. I jeszcze raz przekonuję się, że najpiękniejsza muzyka rodzi się często w przykrych okolicznościach, a smutek i tęsknota towarzysząca twórcy sprawia, że o tej muzyce można powiedzieć, że to coś więcej, że to piękny kawałek sztuki. Jeśli ktoś jest wrażliwy na takie dźwięki, niekoniecznie dlatego, że są doom’owe, ale dlatego, że są po prostu piękne, powinien bezwzględnie sprawdzić ten materiał! Jestem pewna, że nie pozostanie niewzruszony i będzie wracał do niego, kiedy tylko będzie potrzebował chwili zadumy i pobycia samemu ze sobą. Wiem, że przynajmniej do końca tego roku nie pojawi się dla mnie nic równie niesamowitego muzycznie! Pewnie równie piękna rzecz ujrzy światło dzienne w przyszłym roku, tak zapowiedział Juha…