Haemorrhage – We Are the Gore (2017)

Weterani sceny grindowej swój zalew splitów i EPek nareszcie przełamali kolejnym pełniakiem w postaci „We Are the Gore”, który stanowi czternaście hymnów ku czci skalpela, sali operacyjnej i pawuloniku. Moje niedosłyszące już ucho nie wychwytuje w tym materiale ani kropli świeżej krwi, co przecież wcale nie wyklucza dobrej rozrywki, a tej tutaj dostałem w ilości wręcz idealnej, bo kto chciałby słuchać takich tanecznych hitów przez dłużej niż pół godziny na raz? No nie ja, a grind mi wszakże nieobcy i regularnie sięgam po coś z tej półki. Nieustanne patataj, bangownicze riffy, szybkie solówy i równy poziom, to mogę zapewnić, bo tyle zdołałem wychwycić, a nie bardzo w sumie jest co do tej wyliczanki dodać, więc musi Wam to wystarczyć. Dość powiedzieć, że obadanie jednego kawałka z tej płyty to jak poznanie pozostałych. Koła tu nie wynaleziono, ale znowu muszę podkreślić, że entuzjasta takiej potańcówki poczuje się jak w starym, wygodnym fotelu pijąc to samo, od lat niezmienne, piwko i wtryniając po raz sto setny schaboszczaka z ziemniakiem. To samo, może powtarzane od lat, ale jednak trochę ryja ucieszy i kubki smakowe połechce. Dobra, solidna robota, do posłuchania kilka razy i ostatecznie do zapomnienia, bo wracał nie będę („tylko” dobrych płyt jest wszakże w przysłowiowy chuj), ale i też nie żałuję niczego, ani chwili przy tej wesołej ekipce hiszpańskich wykolejeńców. Oby grali kolejne 30 lat, a w przyszłości może też nie wstydzili się trochę pokombinować, bo dosłowna odrobina eksperymentu na pewno nie zaszkodzi. Nie mam jednak problemu z tym, gdyby nigdy nie chcieli wyściubiać nosa poza swoje komfortowe i sprawdzone patenty, bo mi nawet tyle wystarczy by chwilę swojego czasu poświęcić na obadanie co tam w trawie piszczy. Dla kogo to zatem? Zapaleniec mile widziany. Albo przygodnik mojego pokroju, taki co to czasem za coś w tym gatunku złapie i mu starczy na kolejny miesiąc.