Gray Dog – Deal (2017)

Gray Dog – duet zza wschodniej granicy, dokładniej rzecz biorąc z Białorusi, stacjonujący obecnie prze zachodniej granicy, ale Polski. Grają jak sami mówią „południowego” rocka z bluesem i okultystycznym klimatem. Do wszystkich czterech stron świata brakuje tylko północy, ale myślę, że można ją odnaleźć jako godzinę na skrzyżowaniu, gdzie jak legendy wspominają pierwsi bluesmani podpisywali kosztem swojej duszy pakt z Szatanem mający zapewnić im sławę. Myślę, że tymi historiami mógł być inspirowany tytuł EP’ki chłopaków mieszkających obecnie we Wrocławiu, czyli „Deal”. Czy sami mogli podpisać taką umowę? Ja po kilkukrotnym odsłuchaniu stwierdzam, że nie, ale mimo wszystko płyta nie zła.

Jak to w przypadku płyt EP, muzyki nie ma zbyt wiele. Jest 5 utworów trwających łącznie około 20 minut. Na przywitanie mamy instrumentalny, akustyczny kawałek, który wprowadza nas do przydrożnej, amerykańskiej knajpy, leżącej gdzieś po środku niczego w pustynnych stanach USA i w knajpie tej zostajemy do końca płyty. W tej knajpie fajnie by się siedziało, gdyby nie męczące, a w ręcz bolesne próby śpiewania wysoko przez wokalistę Gray Dog. Cześć instrumentalna tej płyty wypada zdecydowanie lepiej niż wokalna. W przypadku blues rocka słyszany w wokalu rozdzierający ból jest jak najbardziej na miejscu, ale nie powinien on się brać z tego, że ktoś wbił nam nóż w rękę i dodatkowo nim obraca. Początkowo przyjemny śpiew, przeradza się w krzyk, który nie brzmi jakby jego wydawanie było zamierzone, a jego słuchanie miało komukolwiek sprawiać przyjemność. Bo poza tym jest ok. Wokal pasuje do muzyki, gdzieś z tyłu głowy przypominają się starsze płyty Godsmack. Co zaskakujące, najprzyjemniejszym momentem z całej płyty jest końcówka ostatniego, tytułowego utworu „Deal”, gdzie Egor Mitskevitch zaczyna zawodzić jak kojot wciągając nas niczym ruchome piaski w południowy, pustynny klimat prawidłowy dla gatunku. Dopełnieniem tego jest melancholijna gitara akustyczna w wykonaniu Dmitry’ego Markariana. Nie często zdarza mi się, żeby jeden element, czyli w tym przypadku wokal, był odpowiedzialny jednocześnie za najgorszą i najlepszą część muzyki. Co do innych rzeczy, które mi w płycie nie pasują, to zbyt czyste brzmienie jak na serwowany nam brudny, barowy klimat. Chrypa w wokalu, która skutecznie go nam podkreśla mija się z akustyczną, nazbyt czysto brzmiącą częścią instrumentalną muzyki. Szkoda bardzo, że ma to miejsce, bo patrząc na nią jako na całość, w ogólnym rozrachunku wypada lepiej od wokalu, który prezentuje się moim zdaniem bardzo nierówno. Podsumowując całość płyty, mamy niezły, ale nic ponad to materiał, który grany na żywo w przeznaczonej dla siebie scenerii umilałby nam czas w trakcie sączenia taniej whisky, natomiast słuchany w domowym zaciszu potrafi zainteresować w paru momentach, ale w paru innych skutecznie motywuje do wyłączenia, a co najmniej do zmiany utworu.