Godsmack – When Legends Rise (2018)

Co tam, Panie, w klimatach popkornowych? Ano świeżutki Godsmack wjechał na salony, a ja podzielę się tutaj garścią odczuć i przemyśleń jakie mi się podczas tej wycieczki nasunęły. Podszedłem do tego albumu jako kompletny godsmackowy laik, bo nie jest nigdzie powiedziane, że pisać o danej kapeli może tylko ten, co pozjadał wszystkie albumy. No dobra, może nie kompletny laik, bo nie jest mi obcy ichni soundtrack do Warrior Within, a kilka lat temu wiedziony ciekawością obadałem ich piąty krążek „The Oracle”, którego, jeśli dobrze pamiętam, nie dałem rady nawet dosłuchać do końca, bo nudził mnie okrutnie. Liczyłem, że coś się zmieniło od tamtej pory, jeśli nie ich muzyka, to przynajmniej ja i będzie to coś bardziej w moim guście. Nic bardziej mylnego, bowiem „When Legends Rise” jest niezwykle trudno spałaszować za jednym podejściem. Ta muzyka się wlecze, niczym nie zaskakuje, nie wstrzykuje dawki energii, no może jakieś minimalne, ale to kropla w morzu potrzeb, a w tym wszystkim nie pomaga również strasznie męczący wokal. Zdaję sobie sprawę z tego, że fanbase tego amerykańskiego tworu jest rozległy i gotowy wysyłać mi pogróżki z tytułu tego, co tu wypisuje, ale bądźmy rozsądni, nie było jeszcze takiej kapeli co dogodzi każdemu. Przez „When Legends Rise” przebrnąłem kilkakrotnie słuchając go w ratach po 4-5 utwory na raz i był to bosy spacer po szkle. Nie mówię, że jest to album obiektywnie zły, ale na pewno jest to muzyka której zwyczajnie nie rozumiem, a słuchaniu jej towarzyszy mi cała gama mało przyjemnych odczuć. Otóż jest to, podkreślam, moim zdaniem, materiał okrutnie nudny, wtórny i mdły, bez charakteru, bez pazura, bez jaj i mocno przesłodzony. Zalety? Szybko się kończy.