Fetor – No Poems Just Slam (2018)

Kurwa, chyba trzeba mieć częściej takie podejście do wszystkiego. Takie to znaczy, nie oczekuj nic, a się miło zaskoczysz. Oczywiście można się też zaskoczyć niemiło, ale w przypadku nowego krążka grupy Fetor nic takiego nie miało miejsca. Nie ukrywam, że przed pierwszym odpalaniem „No Poems Just Slam” nie słyszałem wcześniej o tej ekipie, bo i jeśli chodzi o death metal, to obracam się w innych klimatach niż slamming death metale łamane przez grindy, a tu proszę – płyta została odpalona, żadnych oczekiwań co do niej i siadło. Zaskoczył mnie fakt, że jest to koncertówka. Sama zawartość płyty to dziewięć kawałków, które łącznie trwają potężne 26min, nagrane na Grind’em All Fest w 2015, czyli przed wypuszczeniem debiutu. Taka sytuacja. Jeszcze dziwniejsze w połączeniu z moim pozytywnym odbiorem tego albumu, może się dla Was okazać to, że na płycie nie ma nic, czego już bym nie słyszał jeśli chodzi o takie granie. Nikt tu się nie łapie za jakieś wirtuozerskie solówki, bo i po chuj. Nie ma czasu na dłużyzny, gramy krótko, ale gwarantujemy konkretny wpierdol. Wokalnie mamy też klasykę – kwiczenie, bulgotanie, chrumkanie. To co w końcu wyróżnia ten materiał od innych melodii w tym stylu? Mi wpadło w ucho brzmienie, które jak na „Live” z grindcore’owej biesiady jest zajebiste. Wiadomo, że idzie za tym też praca w studiu, ale słyszało się albumy studyjne, które dźwięczały gorzej niż ta płytka. Nogi rwą się do tańca, łeb sam kiwa. Po drugie, to co idzie za tym, że jest to koncertówka, to na płycie słychać zagadywanie do publiczności. Słuchając płyty, można poczuć ducha imprezy, są zaproszenia do tańca, stare chińskie przysłowia typu „Slam to nie rurki z kremem” czy też wprowadzenie do kobiecego savoir-vivre, punkt pierwszy, czyli „Miały staniki być na scenie”. W odpowiedzi pada stwierdzenie, żeby się chłopaki postarały i w mojej opinii starania nie poszły na marne, a staniki – jeśli słowo zostało dotrzymane i prawdomówność dochowana na scenie, znaleźć się powinny. Myślę, że warto odmówić sobie jednej wieczornej modlitwy czy też wolontariatu na rzecz potrzebujących i poświęcić te niecałe 30 minut na zapoznanie się z zapisem audio jednego z warszawskich wieczorów. Fetor się wtedy uniósł w powietrzu i mam nadzieję, że zostanie z nami na dłużej.